środa, 31 stycznia 2018

Smarkam

Katar mnie wykończy. Dwie dziurki zapchane. Chyba zaczne oddychać doopą.

wtorek, 23 stycznia 2018

Czas się odezwać

W końcu, w końcu znalazłem chwilę żeby napisać co się u nas dzieje. A dzieje się dużo, bardzo dużo i nic dobrego - niestety.

Od tamtego tygodnia jesteśmy całymi dniami w rozjazdach. Praca - dom - szpital - spanie i od nowa praca - dom - szpital - spanie. Wszystko zaczęło się dokładnie tydzień temu, z poniedziałku na wtorek, kiedy to moja matula postanowiła na własnym organizmie przetestować doznania niczym z filmu Stevena Spielberga - bliskie spotkania trzeciego stopnia.

Widząc później pobojowisko, krew na ściana i posadzce, mogę stwierdzić to był cud, że się nie zabiła. Szczęście w nieszczęściu, że skończyło się na złamaniu ręki, nogi, nosa i potłuczeniu kiedy runęła w domu ze schodów.

Jednak za nim o tym wszystkim się dowiedzieliśmy to czekała nas nerwówa na SORze i oczekiwanie na wyniki badań. Wielka niewiadoma to nerka (przeszczep). Czy nie ucierpiała? Czy pracuje? Co z głową? Krwiak? Pęknięcie? Wstrząśnienie? Siedzi człowiek na poczekalni i... uspokaja ojca bo to panikarz - opieprz już w aucie dostał bo albo się opanuje, albo ja kieruję, użeranie się z chamem cieciem - w końcu nie wytrzymałem i go również opieprzyłem, że jak w domu głosu nie ma to niech się tutaj nie wyżywa.

Wreszcie są wyniki prześwietleń. Ojciec wcisnął się na salę dla chorych i rozmawia z matulą. Później kolejna interwencja, bo jak matula leżała od trzeciej w nocy na SORze tak po ósmej nadal leżała i nikt się nią nie interesował.

Dopiero około dziewiątej trafiła na ortopedię i tutaj kolejna maniana, bo jak lekarz dowiedział się, że matula po przeszczepie to nie wiedział co robić. Jakby z trędowata miał do czynienia. Znowu bieganie (tym razem ojciec) i tłumaczenie, że leki muszą jej podać przeciw odrzutowi bo jest po przeszczepie. Matula przytomna, tłumaczy lekarzowi czego, kiedy i ile bierze. Lekarz doope zawinął i poszedł a czas leci. Leki przywiezione z domu leżą.

W końcu zjawia się nefrolog, który matkę kierował na przeszczep. Określa dawki, eliminuje część leków od ciśnienia bo doopa kardiolog za duże dawki ustalił i stąd te zachwianie równowagi i lądowanie na półpiętrze.

Jak to wszystko piszę, to przypominają mi się ostatnie zmagania Pantery i jej mamy, ehhh. Czasami to przydałby się karabin.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Poświąteczny przedświąteczny mix

Z lekka zabiegani byliśmy - jak to przed świętami. Właśnie ten okres dla Połówki jest dość pracochłonny i ograniczony tylko do powierzchni kuchni. A wszystko to za sprawą znajomych, którzy jak już spróbują jej wypieków to na inne nie kcom spojrzeć.

Masy budyniowe białe i czarne i tony ugotowanego maku.
Biszkopty różnej maści. 
Nad wszystkim pieczę trzymał Rico.
Lakierowanie
Pomni na to co nas czeka, już parę dni wcześniej ubraliśmy choinkę a na półce pojawiły się cottonbale.



Dotarły do nas kartki. Jedna z Kenii od znajomego, który poleciał do dziewczyny poznanej  przez Internet. Druga od Pantery, która co roku pamięta o nas i przysyła nam kartkę własnej produkcji. Panterko pięknie dziękujemy za pamięć i jak zwykle przepraszamy za brak odzewu z naszej strony, ale jak zwykle wszystko w tym czasie staje na głowie.

Kartka od Pantery.
Kartka z Kenii.
Żeby tego było mało to jeszcze Połówka zorganizowała prace plastyczne dla najmłodszych.







A wszystkiemu przyglądał się znudzony i zaspany Rico.
Wieczorem, w czwartek przed świętami, dojechały do nas wędzonki produkcji Kucharza. Czasu było tylko tyle żeby to wszystko walnąć na stół w pokoju. Jednak ktoś już bardzo interesująco pełnił wartę.

Schab wędzony
Kiełbasa własnej produkcji 

Coś mi smacznie pachnie.
Proszę, choć pobawimy się razem. Nic ci nie zrobię.
Ej ty duży daj kawałek.
Ja sierota, znajda. Nikt mnie nie kocha. Tylko kuszą.


W końcu skończyło się szaleństwo, ciasta zostały rozwiezione, dom doprowadzony do porządku. Wreszcie można było się byczyć w łóżku a i Rico załapał się na małe co nie co i świąteczny prezent.