sobota, 16 grudnia 2017

Słomiany wdowiec

Słomianym wdowcem zostałem.
Porwało no Połówkę na strażacką wigilię - jakbym nie wspominał to Połówka zaczęła się w straży udzielać i ogarniać im całą dokumentację, bo rence i nogi opadajo.
Zatem siedzę w domu. W międzyczasie byliśmy z Lizakiem  na spacerze i teraz każdy ma chwilę dla siebie, tzn. ja piszę a Lizak chrapie w pokoju obok.

W końcu wyrwaliśmy się z piernikowych domków. Każdy, któren chciał, otrzymał domek a my mogliśmy ogarnąć domowe czeluści. Dobrze, że podobny cyrk dopiero za rok.


W międzyczasie odbyło się otwarcie biblioteki dla dzieci i mogę się pochwalić wreszcie czym byłem zawalony. Twierdzili wszyscy dookoła, że się nie da z grafiki wielkości 20x20 cm zrobić 50x70 cm. Normalnie brawo ja.


 Do tego wszystkie napisy, oznaczenia graficzne, wszystko to wychodowały moje rączki. Nawet szefu oczy zrobił jak zobaczył. Skwitowałem mu to krótko: mój ojciec zawsze mawia, że jak masz głowę i to drugie to kombinuj. Aha mamy pozwolenie od ilustratorki na wykorzystanie jej grafik. :P
Pokazuję tylko te zdjęcia bo ludzisk było sporo i jestem już umówiony na sesję bezludziową.


Wreszcie i do nas zawitała zima. Zawitała i spierniczyła w locie jak zobaczyła bajzel na osiedlu, bo osiedle się remontuje o czym już wspominałem. Zanim napisze o bajzlu to dla osłody kilka zimowych zdjęć.

Widok przed moim blokiem. Trzeba oczy nacieszyć bo tutaj będzie asfalt.



Lizak bardzo dzielnie z nami wędruje.
Połówka z przodu.


Zabawa ze śniegową kulką.


To tyle. Idę korzystać z przywilejów słomianego wdowca.

czwartek, 7 grudnia 2017

Gupota lócka

Takiego poziomu wqrwu, jak wczoraj, dawno nie osiągnąłem.
Okres przedświąteczny to dla nas ostry zapieprz w kuchennych czeluściach. Połówka wypieka domki z piernika, ja w międzyczasie robię za przedstawiciela handlowego i zbieram zamówienia, a potem razem - niczym świstaki - zawijamy sreberka budujemy osiedle spierniczonych domków.

Roboty przy tym jest kupę, często przypłacone bolesnymi poparzeniami rąk Połówki od karmelowego kleju. Nic to, zaciskamy zęby i robimy dalej bo czekają rachunki i kredyty do zapłacenia, leki do wykupienia i coś tam jeszcze trzeba odłożyć na kolejne wizyty lekarskie - prywatne oczywiście.

Najbardziej w tych dniach możemy liczyć na najbliższych. Ulatniają się niczym kamfora, nie dzwonią, nie odwiedzają ze strachu, że może zagnamy ich do pracy. Od czasu do czasu tylko słyszę ich stękania jacy to oni biedni bo pieniędzy nie mają chociaż w szafie, obok kurtki kupionej miesiąc wcześniej, pojawił się nowy płaszcz a w kuchni trzecia szafka pęka od toreb z lekami - kolejnej partii bo dwie wcześniejsze już leżą od miesiąca. Trzeba zrobić zapas, po nowym roku leki zdrożeją, albo będzie wojna - dodaję w myślach.

A my nadal składamy osiedle nie pomni na stękania. Połówka klei domek z części, które jej szykuje. Złożone domiszcza wynoszę do pokoju, gdzie w spokoju karmelowe spoiwa stygną. Później lukrowanie i znów odpoczynek - lukier musi stwardnieć. Następnego dnia układamy piernikowe domku na tacki i pakujemy w celofan. I WŁAŚNIE O CELOFAN POSZŁO.

Oczywiście celofan ciągniemy z drugiego końca Polski, bo u nas w city nic się nie opłaca, a jak już jest to cena grobowa. Zatem zakupiłem ów celofan, wybrałem opcję do paczkomatu i czekam na esemesa z informacją o możliwości odbioru przesyłki.

Przedwczoraj wielce szanowny przewoźnik poinformował mnie, że już za chwilę będę mógł odebrać paczuszkę, bo już pan kierowiec wiezie ją do paczkomatu - była godzina 9:28. Dzień sobie mijał - trzynasta, czternasta, piętnasta - i już wiedziałem, że jak nic sprawa odbioru paczki przeciągnie się do dnia następnego.

Wczoraj rano, zaraz po drącym się alarmie, rozdarła się komórka z informacją o możliwości odbioru przesyłki. W drodze do tyrki, przesiadłem się z jednego autobusu do drugiego i pomknąłem do paczkomatu, bo niestety musiałem odbić z głównej trasy.

Lecę do ustrojstwa, monitoruję  czas żeby na kolejny autobus zdążyć. Macam komórkę, znajduję kod QR, przykładam do czytnika i doopa. Nie mam takiej przesyłki - informuje mnie urządzenie. Wklepuję kod z palca błędny kod. Zaczynam się powoli jeżyć bo czas mi ucieka a cholerstwo nie chce mi wydać przesyłki.

Zerkam w esesmana. Może źle kod odczytuję czy jak? Zerkam, zerkam i nie chce wierzyć w to co widzę.

Paczka jest do odpbioru
w paczkomacie
w drugim końcu miasta!!!

Opieprzam się w myślach, bo pewnie chciałem ten paczkomat a wybrałem ten, do którego kiedyś było mi po drodze. Zerkam w maila z informacją o zamówieniu i widnieje jak byk, ze wybrałem dobrze PACZKOMAT A a nie B. To ciekawe czemu paczka znalazła się gdzie indziej? Sprawdzam drogę jaką przebyła przesyłka i bingo. Mam gagadka to kurier woził cały dzień paczkę i przypomniał sobie o niej o 23:38 więc pierdyknął ją tam gdzie ma bliżej i niech się klient buja - bo co mu zrobi. 

A spierniczony domek wygląda tak.


środa, 6 grudnia 2017

Złota Góra

Od przeszło tygodnia tak mnie zawalono robotą, że po powrocie do domu nie marzy mi się dalsze wpatrywanie w komputer. W sumie to i tak się wpatrywałem, bo mały projekcik blogowy (już go widać) zaprzątał mi mózg.

Ogólnie to nie ma o czym pisać. W domu spokój, o ile szaleństwa wypiekowe Połówki można nazwać spokojem. Rico też spokojny. Szykujemy się na grudniową wizytę szczepienną przeciwko wqrwiźnie. Tak zamyślam sobie, że i mnie przydała by się jakaś szczepionka przeciwko goopocie ludzkiej, bo ostatnimi czasy odegnać się od takiej nie mogę.

Dla ukojenia nerw, z czeluści wspomnieniowych, wybrałem naszą sierpniową wędrówkę na Złotą 
Górę.

W paśmie tzw. Wysoczyzny Turkowskiej (miasto Turek) wznosi się Złota Góra – szósta w Koronie Wielkopolski i jednocześnie najwyższa w powiecie konińskim. Na jej zboczach utworzono rezerwat o nazwie „Złota Góra” mający chronić teren o wyjątkowych walorach przyrodniczych i krajobrazowych. Rezerwat porasta las dębowy i mieszany gęsto poprzetykany sosną oraz jałowcem. Drzewa przyjmują tu nieraz bardzo fantazyjne formy.



Na szczycie Złotej Góry, wznoszącej się na około 190 m n.p.m., ustawiono wieże widokową wysoką na 30 metrów.


Wieża wybudowana jest na planie trójkąta z przywiezionego z gór drewna daglezjowego. Aby dostać się na platformę widokową trzeba pokonać 140 stopni. Trójkątna wieża ma w każdym narożniku (będącym jednocześnie załamaniem linii schodów) niewielką galeryjkę wypoczynkową.

Trzy galeryjki wypoczynkowe.
No i tyle to by było zachwytów na temat wieży. Dotarcie do niej sprawiło nam wiele kłopotów, chociaż znajduje się ona w odległości 25 km od naszego miejsca zamieszkania. Ustawiony GPS poprowadził nas przez las (leśną drogę), w którym oczywiście odbywała się wycinka drzew. Zawrócenie auta w lesie i powrót na asfaltową drogę można zaliczyć do cudu a wystarczyło tylko zamieścić przed wjazdem do lasu jakąkolwiek informację.

Dopiero wjazd od drugiej strony, powolna jazda i wypatrywanie jakiegokolwiek informacji przypłaciliśmy sukcesem.  Maleńki znak wskazywał nam kierunek wędrówki. Weszliśmy w las. 
Zrobiło się ciemniej, powietrze było duszne i tylko Rico był w swoim żywiole bo wreszcie mógł się wyszaleć do woli. 

Do wieży trafiliśmy przypadkiem, bowiem żadnej strzałki informującej o kierunku marszu nie znaleźliśmy. Po pokonaniu kilometra, z daleka, dojrzeliśmy jakąś wieżę. Okazało się, że jest to dostrzegalnia przeciwpożarowa. Prawie zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki bo duchota i wilgotne powietrze powalały. Do pokonania został nam jeszcze jeden zakręt i przeświadczeni o fiasku naszej wędrówki stwierdziliśmy, że jak tam nic nie będzie to wracamy

Dostrzegalnia przeciwpożarowa
widziana z wieży widokowej.

Za zakrętem zamajaczyła nam palisada wierzy. Jeszcze tylko dwieście metrów i będziemy u jej stóp. Połówka zrezygnowała z wspinania się po schodach. Natomiast mnie interesowały zdjęcia z góry a i Rico zamarzył sobie wspinaczkę. 
Pokonanie stu czterdziestu stopni minęło szybko, musiałem tylko co chwilę uważać na psiutę bo ta z chęcią wyściubiała nosa zza galeryjki. 

Nawet drzewa rosną niżej.

Na samej górze odezwał się mój lęk wysokości. Nie podchodząc do barierek, pstryknąłem fotki, niestety widok mnie rozczarował. Wspomniana duchota i wilgotność powietrza pokryły teren mgłami. 






Wieża się trzęsła pod naporem mojej wagi, nogi mi się trzęsły bo wieża się trzęsła. Pstrykałem na ślepo z nadzieją, że jednak jakieś fotki wyjdą. 

W drodze powrotnej minąłem kolejną grupkę zapaleńców z aparatami... szczęśliwy poczułem twardy grunt pod nogami.

I to tyle.