czwartek, 30 listopada 2017

Kurtka na zimę

Wreszcie się udało. Po czatowaniu na stronie sklepu, po wojnie z kurierem, który nie chciał przyjąć zwrotu, po ponownych zakupach i wqrwianiu się na tempo obsługi - paczka szła do mnie siedem dni z czego przeszło dwie doby spędziła w oczekiwaniu na kuriera, który miał ją odebrać ze sklepu. Ehh...

Myślałem, że i tym razem powiem do trzech razy sztuka, kiedy Połówka do mnie zadzwoniła z informacją odebrałam kurtkę i wydaje mi się za duża. Z tego wszystkiego zamówiłem jeszcze rozmiar mniejszą, załatwiłem kasę na opłacenie jej - jakby nie było przeszło osiem stów miałem już zamrożonych w sklepie za wcześniejszy i obecny zakup, i stwierdziłem, że ostatecznie poczekam z odsyłaniem przecież mam 30 dni. Oni mogli zwlekać z obsługa to mogę i ja.

Pierwsza przymiarka w domu i kicha. Jak nic kurtka za duża. Ja trzy-iks-elek się wstąpiłem czy jak? A może wymiary kurtki z kosmosu? Jak szybko ją ubrałem tak szybko włożyłem do kartonu z zamiarem odsyłki.

Druga przymiarka, w obecności niespodziewanego gościa, który stwierdził, że kurtka dobra. Przeglądam się w lustrze no i widzę, że nie leży to-to jak trzeba. Poczekam na ocenę Połówki.

Trzecia przymiarka już w obecności Połówki. Wyregulowałem ściągacze, ubrałem się tak jak się będę ubierał. Lukam w lustro, kurtka leży jak trzeba, są luzy ale zimówka musi mieć luz - w sumie taki sam jak i w starej kurtce. Kurtka zostaje.

Miała być, jak to pięknie określiła Pantera, samojebka, więc jest.

 



wtorek, 28 listopada 2017

Ruszyła modernizacja osiedla

Pamiętacie jak dwa lata temu toczyłem bój o osiedlową zieleń, która miała być w większości zlikwidowana na potrzeby miejsc parkingowych. Kreśliłem nawet miejsca, które mają być zlikwidowane, a o które toczę bój - dla przypomnienia grafika.

kolor żółty - w przyszłości parkingi częściowa likwidacja zieleni;
kolor zielony - likwidacja zieleni,
właśnie o to miejsce walczę;
kolor czerwony - miejsce przesunięcia parkingu
bez większej szkody dla zieleni...
W kwietniu tego roku, w końcu, ludziska się obudzili, bo jednak ilość drzew jakie mają iść pod topór drastycznie wzrosła. Mimo całej mojej walki, mimo zapewnień przez architektów, że zmienią plany i uwzględnią nasze uwagi. Nic się nie zmieniło! DOOPA DOOPA DOOPA!!!

kolor czerwony - miejsca wycinki drzew
Ruszyło zbieranie podpisów, pisanie petycji o uchronienie chociaż części drzew (dwa prostokąty od góry) bo tak to czeka nas asfaltowa pustynia. 

Teraz drzewa są potrzebne 
a przecież dwa lata temu 
byłem idiotą, głupkiem, narwańcem.

Czy ten ostatni zryw coś dał? Nie mam pewności, ale myślę że nie. Widać to po pierwszych pracach.

kolor czerwony - pierwszy etap prac

Ludzie robią oczy. Nie dowierzają, nawet przyjezdni żałują drzew i zieleni. Negatywnie podchodzą do całej sprawy. A mieszkańcy co? Nic, mają to głęboko w siedzeniach. Zobaczymy czy nie zmienią zdania jak przyjdzie upał i będzie brakować cienia.

Zamieszczam kilka zdjęć ku potomności.  




środa, 22 listopada 2017

Złote gody

W połowie października, wspominałem o naszych przygotowaniach do rodzinnej imprezy i małych komplikacjach, he he he. Czegóż innego jak komplikacje mógłbym się spodziewać po naszym mieście. Niby wszystkiego jest w bród, ale jak się zacznie szukać to nie ma nic a jak już jest to cena zabija.

Słodka w poszukiwaniach kreacji obskoczyła wszystkie sklepy. W jednym przymierzyła trzydzieści sukienek i nic nie udało się jej wybrać. Nie wspomnę ile przy tym się nabiegałem, bo Słodka w przymierzalni a kreacje ja donosiłem. Pod koniec poszukiwań między wieszakami nawet obsługa zaczęła mnie unikać, chowając się po kątach, chyba dlatego, że nie potrafili nas zaspokoić. Dopiero w sąsiedniej miejscowości udało się Słodkiej nabyć sukienkę.

W międzyczasie załatwialiśmy sprawy prezentu. Jubilaci stwierdzili, że nic nie chcą, dla nich liczy się nasza obecność. Jednak głupio tak jechać z pustymi rękoma, o czym pomyśleli również inni, widać to było podczas składania życzeń. Coś trzeba kupić, tylko co? Sprawę rozwiązała Słodka, która ma głowę do takich spraw - wiadomo kobieta. Ja tam był flaszkę kupił i kwiaty - jak to chop, he he he. Padło na karykaturę - okolicznościowy obraz.

Nowe poszukiwania, tym razem kogoś kto nam taką karykaturę zdzierga. Wujek Gugiel, wypluł tysiące rozwiązań, ba nawet całe strony z projektami, z kontaktami i z cennikiem, który nas szybko sprowadził na ziemię. Dopiero poszukiwania na allegracie przyniosły rezultaty i w niespełna dwa tygodnie otrzymaliśmy gotową pracę. Jeszcze tylko zakup ramki i voilà.


Prezent już czekał, jeszcze tylko kartka okolicznościowa. Się Wędkarzowi i Zaczytanej postawiłem - nie kupujcie tego barachła ze sklepu - sam zrobię!!! Dwa dni siedziałem, dłubałem i wydłubałem.

Przód i tył

środek

Tak przygotowani, w kreacje i prezenty, spokojnie mogliśmy oczekiwać imprezy.

Impreza była super, co niektórym koparki opadły jak zobaczyli Połówkę w kreacji. Ach ta kochana Rodzinka, w łyżce wody by człowieka utopili. Czego to zazdroszczą? Chyba tej cały pracy jaką wkładamy w to żeby coś mieć, ale pomińmy tą miłość braterską i niech przemówi obraz.

Pięćdziesiąt lat minęło. 
Okolicznościowy tort - nie, to nie jest dzieło Słodkiej
Oto Połówka, Słodka, Młoda
w całej okazałości.
Oto my: Połówka i Balum

wtorek, 21 listopada 2017

Zagadka z odkurzaczem

Poprzedni tydzień, swoją upierdliwością, dał nam/mi do wiwatu.
Zaczęło się od poniedziałku, wtorku i tak plotło się do soboty. Myślałem, że tylko ja znalazłem się na celowniku losu, jednak po małym, piątkowym, zamieszaniu w laboratorium, bo gdzieś faktura za badania im wsiąkła. Po kolejnej wizycie w owym laboratorium usłyszałem od szefa placówki niech ten tydzień już się skończy.

źródło: klik
Na koniec piątkowego dnia coś się ze spłuczką porobiło i zamiast trzymać wodę w zbiorniku to olewała sedes. Stwierdziłem poetycko pier*ole nie robię! Zajrzałem do niej w sobotę - wystarczyło tylko przepłukać wnętrze zbiornika - widać jaką źródlankę spijamy.
Zadowolony, że po raz kolejny zostałem bohaterem domu, zabrałem Lizaka na spacer.

Lizak, mądry psiak, wyczuł, że mnie zmęczył ten tydzień i wzorowo szedł. Obyło się bez nawoływania, opiórki, nawet w stronę łąki dał się zaciągnąć.
Wracamy do domu... a tu Słodka od drzwi.

Spłuczka popuszcza,
odkurzacz się zepsuł.

źródło: klik
Nie będę się nerwował. Nie będę wyzywał. JEST WEEKEND!!!
Czyszczę ponownie spłuczkę - jest szczelnie nie szcza. Zaglądam do odkurzacza. Mruga diodami i nie ciągnie. Wyłączam, włączam to samo wiuuuuuuuuu... i cisza mrugająca diodami. Sprawdzam worek, filtry, włączam - wiuuuuu i cisza z diodową dyskoteką. ZARAZ TO PRZEZ OKNO WYPIER*OLE!!!
Kucharz pożyczył nam swój wciągacz podłogowy. Nasz poszedł do niego na kanał z rozeznaniem zajrzę do niego później.

Wieczorem idziemy trójcą - Słodka, Lizak i ja - naszą ulubioną trasą. Już pod koniec wędrówki rozmowa schodzi na nasz wciągacz pokojowy.

SŁODKA: Ciekawe czy Kucharz zajrzał do naszego odkurzacza?
JA: ...ale jak go włączyłaś to coś rąbnęło i przestał działać, czy jak?
SŁODKA: Nie, no. Włożyłam tylko wtyczkę do gniazdka i tak mrugał.
JA: ...O KUR*A!!! Już wiem co go boli. Ostatnio mi się zawieszka na szczotce wyłamała, kiedy odkurzacz był w stanie czuwania i pewnie ten kawałek plastiku wciska włącznik uśpienia.
SŁODKA: I nie wyciągnąłeś?!!!
JA: No przecież odkurzał.
SŁODKA: Dzwonię do Kucharza, może go jeszcze nie rozkręcił.

źródło: klik
Odkurzacz działa, wystarczyło wyjąć ten mały kawałek pierdolnika, który utknął w miejscu gdzie można zaczepić szczotkę (czerwona strzałka) i uśpić odkurzacz bez wciskania wyłącznika.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Jeż w ogrodzie.

Listopad rozpanoszył się na dobre, taki listopad od Pantery. Jest szaro, buro, wieje po kielecku, depresyjna pogoda.

Przeglądając czeluścia smarkacza natrafiłem na zdjęcia sierpniowego jegomościa, którego spotkaliśmy podczas pracy w ogrodzie. Zobaczcie sami.

Rico z daleka obserwował
co będzie się działo z jego
żółtym fru fru



Rico spojrzał na jeża z daleka,
Fru fru  bezpieczne więc się nie ruszam.


[EDIT]
Kurier wiezie, prawie po tygodniu od zamówienia, mniejszą o dwa rozmiary kurtkę. Trzymajcie kciuki, żeby była dobra bo w starej zimówce przy takim wietrze... brrr.

czwartek, 16 listopada 2017

Grzeczne dziecko

Zwrot do sklepu dotarł, uff. Chociaż to udało się załatwić bez zgrzytów. Pozostaje teraz tylko czekać na zwrot gotówki. Wreszcie skołatane nerwy mogą odpocząć. Dla rozluźnienia, dzisiaj coś lekkiego taki chillout, dialog Znajomej, jej trzyletniej wtedy córki i Staruszki na przystanku autobusowym.

CÓRKA: (przytula się do Znajomej) Mamusiu, kocham cię.
ZNAJOMA: Też cię kocham.
STARUSZKA: Boże jakie to dziecko jest grzeczne.
CÓRKA: (zerka na swoje buty) O! Sznurowadło mi się rozj*bało!
STARUSZKA: mina Staruszki - bezcenna 

źródło: klik

środa, 15 listopada 2017

Wtorkowe potyczki z kurierem

Przedwczoraj krakałem, krakałem i wykrakałem - wtorek postanowił być nie gorszym od poniedziałku a nawet przebić go w upierdliwości.

Myślałem, że mój biletowy wqrw załagodzi dostarczona przez kuriera przesyłka. Niestety. Mimo studiowania tabeli rozmiarów, na stronie sklepu, kurtka okazała się ogromna. Nawet takiego rozmiaru nie było w ich zestawieniach.

Dobre jest tylko to, że za zwrot nie musiałem płacić. Wystarczyło oddać przesyłkę do punktu, z którego kurier maił odebrać paczkę. Opcja ta pozwalała na szybszy powrót gotówki i ponowne polowanie, tym razem, na mniejszy rozmiar.

Zatem uszykowałem dokumenty, kurtkę, naklejkę zwrotną, udałem się do punktu i... zaczęły się  schody:

  • punkt przyjmie paczkę, ale kurier jej nie chce odebrać bo nie ma zlecenia na usługę,
  • dzwonie na infolinie sklepu - paczka ma być odebrana bo oni mają podpisaną umowę i kurier nie robi łaski,
  • punkt przyjmie bez problemu tylko co z tego, że oni wezmą paczkę, jak kurier jej nie odbierze,
  • wracam do pracy - myślę jak to załatwić, zaczyna mnie telepać - widzę, że bez siekiery się nie da,
  • dzwonie na infolinię firmy kurierskiej, mówię co i jak a paniusia mi wylatuje z kolejnym numerem telefonu i tam mam dzwonić, bo ona nic więcej nie może pomóc,
  • dzwonię pod kolejny numer i wywalam po raz en-ty sprawę,
  • jest przełom, proszę odwieźć paczkę do punktu, na tej trasie jest nowy pracownik i jeszcze nie ogarnia wszystkiego,
  • wracam do punktu oddaję paczkę i znowu klocki z potwierdzeniem odbioru, bo obsługa nie chce jej podbić,
  • ryczę, że nie zostawię towaru za taką kasę i nie pójdę się bujać żeby po kilku dniach się przekonać, że paczka uj wie gdzie jest!!! 
  • wreszcie otrzymuję pokwitowanie.
A dzisiaj do pracy wziąłem dzidę... i  nikt nie próbował zawracać mi doopy głowy.



źródło: klik

poniedziałek, 13 listopada 2017

Batalia o bilet

Mówią, że jak zacznie się poniedziałek taki będzie cały tydzień. No za bardzo nie uśmiecha mi się taka mieszanka wybuchowa i rzucanie ujami na prawo i lewo

Miało być spokojnie i przyjemnie a wyszło tak jak zawsze. O wszystko trzeba walczyć i mieć się na baczności bo każdy chce cię tylko w konia zrobić, ale może od początku.

Pamiętacie sprawę mostu i darmowych przejazdów - pisałem o tym na początku listopada. Otóż darmowa komunikacja się skończyła - o czym powiadomiono ludzi na lokalnym portalu 11 listopada!!! O dziwo na stronie MZK brak jakiejkolwiek informacji.

Skończyło się, to się skończyło. Trzeba było ustalić teraz o ile przedłuży mi się bilet. Liczenia za dużo nie było bo:

  • darmową komunikację wprowadzono 23 września,
  • bilet miałem wykupiony na okres 4 września - 3 października 2017 - czyli licząc od daty wprowadzenia darmochy do końca ważności biletu - wychodzi 11 dni,
  • kolejny bilet zakupiony 31 października był na okres 2 listopada - 1 grudnia. W tym czasie darmocha była przedłużona do 12 listopada, więc zrobiło się dodatkowe 11 dni,
  • czyli 11 dni za pierwszy bilet plus 11 dni za drugi bilet daje nam dodatkowo 22 dni i o tyle powinien być przedłużony bilet, którego ważność przedłuża się z 1 grudnia na 23 grudnia.
To co mi wydawało się proste i logiczne takie samo nie było dla kasjerki. 
Zaczęła sprawdzać, niuchać czy to są moje bilety - chociaż opisane. Kreślić, stemplować i na końcu okazuje że ważność biletu została przedłużona do 12 grudnia.

Miał być 23 a zrobił się 12 grudnia???

Mówię kobiecinie, że źle policzyła, źle pozmieniała daty na bilecie. A ona swoje, że dobrze. Kolejka za mną duża, bo gościu przede mną zmieniał daty na sześćdziesięciu biletach. Nie wiem skąd je miał, bo na rozpłodowego królika nie wyglądał. Spasowałem

Jadę i myślę, oj nie podoba mi się sprawa dat na biletach. Zerkam w pracy i jeden bilet mam ważny do 23 listopada a drugi mam ważny od 2 listopada do 12 grudnia. Bilety się dublują.

Dzwonię do sekretariatu MZK i zapytuję kto odpowiada za kasjerki bo one liczyć nie umio, a tu baba z paszczem, że ona od tego nie jest, sypie mi numerem i rzuca nie przełączę pana, musi pan dzwonić. Noszzz qrw mnie chwycił.

W końcu się dodzwaniam do gościa od kas. Spokojnie tłumaczę mu o co chodzi, jakie mam daty na biletach a on ja nie mam czasu ani jak zapisać to musi pan sam. PIĘCIU MINUT PAN NIE MASZ!!! PRZECIEŻ TŁUMACZĘ!!!

Uwolnił gościu bestię!!!

Ryk pomógł, gościu spuszcza z tonu. Cztery razy mu tłumaczyłem o co chodzi. W końcu chyba coś tam zaczyna trybić a to Pan ma trzydziestodniowy. Nie to źle Panu wypisała. Ten jeden jest ok a ten drugi nie od 2 a od 24 listopada i w sumie 30 dni się panu należy bo 22 dni zaległe i 8 dni różnicy na bilecie.

Można? Można!

Wracam do Kasjerki. Tłumaczę, że daty się nie zgadzają bo bilety się dublują. A to pan, bo ja każdy bilet z osobna policzyłam a one przecież do jednej osoby należą. Przecież Pani już to sprawdzała - kwituję krótko.
Patrzy na bilety i stwierdza to ja nowy wystawię bo tu już nie ma gdzie kreślić.

WTF

Drugi bilet był lepiej pokreślony,
jednak został zabrany...

...i dostałem nowy.

[EDIT]
Przyszła kurtka i jest oczywiście za duża. W rozmiarówce na stronie jest max 158 w klacie a w rzeczywistości 172 cm. 
Idę się zastrzelić.

sobota, 11 listopada 2017

Na słodko

Połówka rusza z pieczeniem domków z piernika na święta a ja mam chwilę aby pokazać jej dzieła. Pomijam już pyszne serniki, wuzetkę, pijane rodzynki i makowce. Dziś będzie tortowo.


Tort dla Babci Czerwonej z okazji pięknego wieku.
Babcia uwielbiała robić na drutach.

Prezent dla Czerwonej.
Czerwona torebka.

Tort dla wnuczki znajomej
z okazji pierwszego roczku.

Tort dla znajomej
z okazji pierwszej rocznicy ślubu.
O dziwo żadna cukiernia w okolicy
nie chciała im zrobić tortu w kształcie serca.

Tort dla znajomej z pracy
na chrzciny jej syna.

Tort dla córki znajomej
z okazji urodzin.
Dzieciak się prawie popłakał ze szczęścia.

Kolejne torty udekorowane
techniką carvingu.



Dla Elektryka z okazji
wypadnięcia trzydziestki.

Tort dla siatkarzy
z sąsiedniej gminy,

I specjalne zamówienie
na wieczór panieński.
Ile to było konsultacji
żeby zachować kształt
pana P.
No to tyle z pokazem. Wszystko ładnie i pięknie tylko po takich robotach kuchnia wygląda jakby małe tornado przez nią przeszło.

Burdello ujarzmione.

PS. Najnowsze dzieło z rąk Połówki dla żony szefa Czerwonej.

czwartek, 9 listopada 2017

Barany za kierownicą

Uratował mnie refleks ślepego, aż się spociłem. Ale może od początku...
Do pracy mogę jechać dwiema trasami. Krótszą, krajową, ale o natężonym ruchu i ciut dłuższą, ale spokojniejszą.

Opcje dojazdu do pracy.
źródło: klik

Wyjeżdżając z osiedla wystarczy zerknąć w lewo, pod wiaduktem widać drogę krajową, wiec szybko mogę stwierdzić jaki panuje na niej ruch. Dzisiaj, ze względu na samochód-za-samochodem na dwudziestcepiątce, wybrałem dłuższą trasę. Chociaż się wbijać nie musiałem, bo każdemu się spieszy. 

Jadę sobie znaną od lat trasą, mijam cmentarz i zagajnik, gdzie często wędruję z Lizakiem. Pokonuję zakręt przy lesie, do którego jeździliśmy, latem z Połówką i Lizakiem i gdzie oddawałem się swojej amatroskiej fotografii. Mijam Wieruszew, miejscowość która związana jest z kuzynami Alfreda Wierusza-Kowalskiego, tak tego sławnego malarza od wilków.  Malarza, do którego należał Pałac w Mikorzynie.

Cisza, samochodów mniej. Nie ma się co spieszyć... zdążę przecież. Jadę spokojnie, teren zabudowany a i szaraczków z suszarką można się spodziewać. Doganiam auto przed sobą. Nie będę się spieszył - myślę sobie - za chwilę i tak będzie dwupasmówka.

Auto przede mną zwalnia 55... 50... 40... 30...

Noszzz qrwa, droga przed nim pusta, czysta, a baran bez powodu zwalnia bo mnie za sobą zobaczył. Nic to. Zerkam na przeciwny pas. Auta są daleko, zdążę. Kierunkowskaz, lusterko, dodaję gazu, lusterko i zaczynam barana wyprzedzać. 

Na wysokości mijanego auta zauważam, że na drodze podporządkowanej stoi białe auto. Zmieniam kierunkowskaz, wracam na swój pas ruchu a tu białas z podporządkowanej wyjeżdża i staje w poprzek na dwóch pasach. 

Hamulec ląduje w podłodze. Ja pierdolę... wyrywa się z gardzieli mej. Gdzie się qrwa pchasz... ciągnę dalej. Zatrzymuję się metr od barana. Po przeciwnej stronie auta też ledwo wyhamowały. 

A Baran co? A Baran jakby nic odjeżdża. Widzę jego tylne światła, które slalomem mijają innych uczestników ruchu.

źródło: klik

wtorek, 7 listopada 2017

Udało się

Od tamtego roku próbuję nabyć nową kurtkę na zimę. Cóż, moich poszukiwań nie mogę zaliczyć do udanych. Można je opisać jako jeden wielki wqrw. Nie będę bluzgał, chociaż powinienem, ale to co się w fasonach męskich ubrań wyprawia to jakaś wielka popierdóła. Faceci zaczynają wyglądać jakby w damskie ciuchy się ubierali, kurna slimów im się zachciało. 

źródło: klik
Ja tam Jacyków nie jestem żeby z siebie pawia robić. Chociaż nie powiem, umie facio doradzić w stylizacji nam szarym ludzikom. Mówi o tym co jest modne i co się nosi, ale z Grażyny czy Janusza nie robi biegającego strusia emu tylko uwydatnia zalety i maskuje wady. To może tyle achów i ochów na temat owego gościa, który zazwyczaj przyprawia mnie o wytrzeszcz oczu, he he he.

Prosty chopak jestem i dla mnie modnie znaczy wygodnie. Wybieram co mi pasuje do sylwetki - jeszcze lustro w domu mam i umiem spojrzeć na siebie krytycznym okiem. Do tego Słodka ma ten dar i wystarczy jeden rzut okiem i ciuch ląduje w koszyku albo wraca na półkę w sklepie. Czasami to mam wycie jak to sprzedawcy latają nade mną i próbują mi wcisnąć bubel. Wystarczy, że Słodka kiwnie głową nie i koniec. Pamiętam jak kiedyś bardzo natrętnemu sprzedawcy wypaliłem, bo mnie już zjeżył, facio możesz na głowie stanąć a i tak tego nie kupię. Mina sprzedawcy bezcenna.

Powróćmy może do moich poszukiwać. 
W sumie to jak zwykle Słodka wynalazła mi kurtkę w necie. Owa firma ma u nas sklep stacjonarny, ale akurat tego modelu nie mieli na stanie. Podejść do kupić czy nie kupić miałem kilka. Duży wpływ na to miała cena, która zwalała mnie z nóg. Kurtka kosztowała przeszło dwa razy tyle co obecna zimówka

Pierwsze podejście fiasko bo kasa świeci pustkami - niby w pracy mundurówkę płacą, ale kiedy to nastanie - niewiadomo. 
Drugie podejście było z serii chciałem zaoszczędzić - bo pani w sklepie dorzuciła mi kod rabatowy -25%, ale dopiero od 9 listopada, więc warto byłoby czekać - tylko w między czasie towar wykupiono. Chyba nie muszę dodawać ile się od Słodkiej nasłuchałem za tą moją ekonomię.
Trzecie podejście było dzisiaj.
Z rana wchodzę na stronę sklepu bo może jednak kurtka się pojawi. Pacze i jest. Szybko za telefon, rozmowa ze Słodką. Krótkie podsumowanie z mojej strony pieprzyć rabaty, bo towar gorący i zaraz nie będzie. Się naklikałem i... zamówienie w realizacji.

A tak się prezentuje na stronie sklepu owa kurtka, o którą tyle było nerwówki.

źródło: klik

Teraz tylko pozostaje oczekiwanie na kuriera.

poniedziałek, 6 listopada 2017

U weta

Jako, że w piątek, nieoczekiwanie, zostałem pozbawiony laptopa to wpis ląduje dzisiaj.

W piątek, wbrew zapewnieniom, że otrzymamy chomika, zataszczyliśmy nasze czarne szczęście do weta. Problem ten sam od kilku miesięcy atopia skóry, drapania się, alergia.

Po ostatniej wizycie w sierpniu, wszystko się uspokoiło i myśleliśmy, że tą sprawę mamy już za sobą. Jednak od kilku dni Rico drapał się jak opętany, wykąpaliśmy go w specjalistycznym szamponie, ale spokój był tylko jeden dzień. Zatem był nie było, w piątek, stawiliśmy się ponownie w lecznicy mimo, że jest to dzień kiedy przyjmowane są psy chore, przeprowadzane są operacje i inne zabiegi.

Jak wygląda nasza wizyta?
To nie tylko wsiadanie i wysiadanie z auta.
Rico szybko załapuje gdzie jedzie, chociaż nic nie wspominamy o celu naszej podróży. Kiedy finiszujemy, i od weta dzieli nas ostatnie rondo, Lizak uważnie patrzy czy jedziemy prosto czy skręcamy. Wtedy już wie co go czeka.
Na miejscu muszę szczelnie wypełnić otwór w tylnych drzwiach, bo nasz lord szuka drogi ucieczki. Następnie na podwórku zostają obszczekane wszystkie drewniane figurki psów bo to wróg jest.
Po tym głośnym entre nasza galareta daje się zaciągnąć do lecznicy.

Spotkanie z wetem przebiega standardowo. Wywiad na temat co nas sprowadza, ważenie galarety i psiuta wędruje na stół weterynaryjny. Tutaj Rico daje upust swojej strachajle i opróżnia swój gruczoł krokowy. Klimat robi się specyficzny, zniewalający. Następnie badanie skóry, zastrzyk, tabsy, wpisy do książeczki, instrukcje jak podawać leki i... kasowanie z portfela.

Tym razem Rico pokazał co myśli o wecie.
Kiedy doszło do finalizowania naszej wizyty i kasa wybiła kwotę do zapłaty. Zajęci rozmową nie zauważyliśmy kiedy nasza gwiazda podniosła nogę i dała upust pęcherzowi. Wet skwitował krótko wybryk naszej Czarnej Małpy. 


Spokojnie, to miejsce
wszystkie psy olewają.

czwartek, 2 listopada 2017

Refleks szachisty

Jakoś ciężko pozbierać mi się po nalocie kuzynki z Niemiec. Nawet sama pogoda w tym nie pomaga. Widać stan ducha udziela się również urzędasom, którzy działają w zwolnieniu i decyzje podejmowane przez Miastowego Królika przekazują do wiadomości publicznej z opóźnieniem, ale może od początku.

W połowie września ni z gruchy ni z pietruchy bez powiadomienia kogokolwiek zamknięto drugą przeprawę w mieście. Chyba nie muszę a w sumie muszę nadmienić, że na drugi most mieszkańcy czekali około 50. lat. Nowy most wytrzymał niespełna 10 lat i kosztował około 200 milionów złotych.

Nowa przeprawa - Most Unii Europejskiej
źródło: klik
Normalnie ręce i cycki opadajo, żeby w  XXI wieku inwestycje na takim poziomie finansowym nie wytrzymały 10 lat, bo jakaś tam awaria kabla sprzężajnego zamroziła miasto w korkach. A miał być taki ładny, europejski i wyszła doopa. 

Dobrze, że stary most żelazny przejął obowiązki młodszego inwalidy i jak na razie daje radę. Budowany był prawie sto lat wcześniej i z dobrych materiałów. Po niedawnym remoncie okazało się, że nie trzeba żadnej części konstrukcji wymieniać. Wystarczy piaskowanie i malowanie.

Most Żelazny
źródło: klik
Takie to mosty spinają i rozładowują zakorkowane miasto.

Zatem tak pokrótce przedstawia się sytuacja mostowa a co za tym idzie i komunikacyjna. Miastowy Królik łaskawie wymyślił, że na okres (w sumie nie wiadomo jaki) komunikacja miejska jest za darmo. Z lekka się wqrwiłem, bo bilet miesięczny wykupiony poszedł się ryćkać. Jest niby coś takiego, że ważność biletu się przedłuża o dwa tygodnie. 

Wszystko pięknie i ładnie tylko powstał kolejny burdel, bo ja bilety kupuje dwa: dla siebie i dla Toja. Toya w tym okresie (wrześniu)  była na zwolnieniu lekarskim więc zmieniła by się nam data zakupu biletów. Dla niej na początku miesiąca a dla mnie w połowie miesiąca. Nie uśmiechało mi się takie bieganie. 

Jednak w międzyczasie Miastowy Królik przedłużył darmowe przejazdy do pierwszego listopada  włącznie i sytuacja biletowa zaczęła mi się z lekka klarować. Stwierdziłem, że wolę darować sobie dwa tygodnie jeżdżenia za darmo i mieć porządek w papierach. Szczęśliwy jak małe bobo ostatniego października kupiłem bilety dla siebie i dla Toja, bo żadnej nowej wzmianki o darmowych przejazdach nie było.

A wieczorem gruchnęła wiadomość w internetach, że miłościwie nam panujący Miastowy Królik w swojej łaskawości przedłużył darmochę do 12 listopada. 
Nosz qrwa mać. 

O mostach można poczytać sobie tutaj: