środa, 25 października 2017

Kwadratowi ludzie

Ostatnio, oprócz pogody,  dobijają mnie ludzie. Już nie wiem jak z nimi rozmawiać. Umawiam się, że to a to tak ma być zrobione.  Przytakują, jednak kiedy chcę przejść do kolejnego etapu pracy to doopa blada. Nic nie jest zrobione.

Dzwonię do sklepu, w którym zamawiam ser, z którego Połówka robi sernik. Oczywiście zostawią, nie ma sprawy. Jadę po pracy i co? Pół godziny szukania i tłumaczenia po co przyszedłem. Potem ser się znajduje, a na koniec sprawdzam datę ważności i pozostaje mi jeden dzień. Noszzz urwa mać. Patrzę do chłodni a tam leży ser z terminem ważności dziesięć czternaście dni.

Dzwonie do pracy, żeby mi Kumpela zostawiła dvd na biurku bo pod wieczór podjadę i podłączę sprzęt na jutro. Zajeżdżam, zerkam na biurko i... doopa. Dzwonię do Kumpeli i słyszę, że ona sprzęt zostawiła, ale u siebie w pomieszczeniu. Na pytanie jak mam się tam dostać, stwierdza bez zająknięcia no przecież mówiłeś, że wejdziesz.

URWA DO FIRMY A NIE DO JEJ BIURA!!!

W sobotę czeka nas rodzinna impreza. Przy okazji zawita do nas kuzynka z Niemiec. Od kilku dni piszę kiedy przyjadą, żebyśmy mogli ich odebrać i skąd bo kolej u nas się remontuje. Dopiero dzisiaj, po ruszeniu nieba i ziemi, udało nam się ustalić co i jak.

Zatem czuję się wypruty. Czytam, ale nie komentuję.

sobota, 21 października 2017

Pogaduszki przy książce

Połówka ostatnio bardzo się zaniedbała pod względem odpoczynku. Cały świat chciałaby zbawić!!! Zatem organizm zbuntował się i odmówił posłuszeństwa. Chciał, nie chciał, mam przymusowe el-cztery i co chwilę goopote z głowy jej wybijam, bo nic tylko by latała.

Doszło do tego, że zaaplikowałem jej chwilę z książką. Wcześniej, dzięki sąsiadce, Połówka zaczytała się w dwóch tomach Róży z Wolskich. Teraz, trochę na opak, czyta Cukiernię pod Amorem. Czyta, cytuje mi co ciekawsze kawałki, dyskutujemy... ot domowy dyskusyjny klub książki. Posłuchajcie.

POŁÓWKA: Przeczytam ci opis stroju panny młodej z 1895 roku.
JA: Okej.
POŁÓWKA: (...)na ciało zakładała cienką, krótką haleczkę na ramiączkach. Od pasa pantalony z koronką. Następnie zakładała gorset. Stanik z kryzą. Na to szła halka i dopiero suknia ślubna.
JA: I weź się tu do takiej dobierz. Jak facet był napalony, zanim to wszystko z niej ściągnął, to było po wszystkim. Normalnie sam się consumato.

Minęła krótka chwila i Połówka zaspokaja moją ciekawość co do nocy poślubnej.

POŁÓWKA: Chcesz wiedzieć jak była ubrana Panna Młoda na noc poślubną.
JA: Dawaj.
POŁÓWKA: Ubrana była w długą koszulę nocną. Zaopatrzoną w dziurkę na wysokości sromu obszytą niebieską nitką.
JA: Co?!
POŁÓWKA: śmeich
JA: To kuźwa co on w łucznika się bawił  i strzelał do celu!!!

I tak to u nas wygląda.

piątek, 20 października 2017

Sobota czternastego

W poprzedni piątek rozmawialiśmy z Panterą, na Messenger'ze, na temat łódzkiego street artu Marka Jenkisa. Gościu zamontował kukły facetów z dziurami w klatce piersiowej i poumieszczał na placu, który odwiedzaliśmy razem z Panterą podczas wrześniowego spotkania.

Pozostawmy kukły i wróćmy do naszej rozmowy, która zeszła na tematy mojego dziergania bloga a dokładniej złośliwości rzeczy martwych. Pantera skwitowała krótko, że to uroki piątku trzynastego.

Takim malowniczą animką Pantera skwitowała
piątek trzynastego.
źródło: kllik

Jednak dla mnie ten dzień był zazwyczaj dniem neutralnym, czasami szczęśliwym, bardzo rzadko pechowym. Inaczej sprawa tyczyła się kolejnego dnia czternastego Zazwyczaj w tym dniu obrywałem pałę w szkole czy działo się coś niedobrego.

źródło: klik

Tym razom tradycji stało się zadość. 
Pierwszy o czternastym przypomniał mi smarkacz, który za cholerę nie chciał się zablokować. Wciskałem blokadę fona a on tylko ściemniał ekran i przy wybudzeniu nie wołał kodu czy zwykłego przesunięcia po nim palcem. O żądaniu odcisku palca nie wspomnę, chociaż miał ustawiony skan linii papilarnych - takie zabezpieczenie. W sumie w doopie to miałem bo był weekend, gorzej w poniedziałek - w tyrce telefony muszą być zablokowane inaczej ciekawscy w nich grzebią. Pomógł reset ustawień.

Niestety to nie był koniec atrakcji.

Mistrzostwo w byciu upierdliwym należy się naszej nowej pralki. Pralka jest z tych mądrzejszych i waży rzeczy a następnie dobiera ilość wody i czas prania. Tym razem w czeluści pralki trafił chodnik łazienkowy. Pranie przebiegało bez zgrzytów, nie to co u Pantery, jednak kiedy doszło do wirowania nastąpił zonk. Przez półtorej godziny układała ona pranie (chodnik) i nie chciała wirować. Wyłączanie, poprawianie prania, zmiana prędkości wirowania na nic się zdawały. Nawet filtr rozkręciłem i wyczyściłem, chociaż był czysty. Nic, zero poprawy. Mokry chodnik trafił na suszarkę i groziło mu bardziej zgnicie niż wyschnięcie.

A w niedzielę.
Pralka go odwirowała bez zająknięcia. Za nami kolejne prania i zero zgrzytów.

Na zakończenie dnia kolejna niespodzianka. We wannie popsuł się syfon półautomat.


źródło:klik

Zasada działania jest prosta. W sitku przelewowym znajduje się pokrętło (u góry na zdjęciu). W momencie przekręcenia go korek (na dole zdjęcia) opada i otwór wanny się zamyka.

Tak to wygląda po zamontowaniu we wannie
źródło: klik

Musiało coś się stać z linką (czarna przewód na zdjęciu u góry). Na razie kupujemy zwykły korek. Sekcja wanny wymaga wymontowania szafki i umywalki oraz wyciągnięcia wanny z zabudowy. Za tydzień przyjeżdżają goście i rozpierducha szykuje się na później.

No więc widzisz Panterko, że czternasty zawsze potrafi nas dopieścić i jak się wali to na całego.

czwartek, 19 października 2017

No i wydziergałem

Prawie tydzień mi zajęło dzierganie. Pięć razy przerzuciłem 89-91 stron - około tysiąca postów. Wczoraj i przedwczoraj ogarnęła mnie mała załamka przy wgrywaniu tekstów, ale jest!!! Udało się!!! Całą moja dotychczasowa blogowa tfuuurczość znalazła się w jednym miejscu.

Uff!!!

poniedziałek, 16 października 2017

Trochę zanikłem

Trochę mnie ubyło z blogowego świata. Zanikłem na chwilę, ale wszystko za sprawą wielu spraw, które na głowę się zwaliły.

Po pierwsze primo szykujemy się do wielkiej imprezy rodzinnej. Powiązane jest to z wyjazdem. Niestety Wędkarzowi trochę mina zrzedła bo liczył, że to ja będę robił za kierowcę a tu rodzinka z zagramanicy się zwala. Chciał nie chciał jedziemy na dwa auta.

Po drugie primo szykujemy się na zwał rodzinki z zagranicy. Słodka jeszcze w szał sprzątania nie popadła jednak wszystko przede mną.

Po trzecie primo Słodkiej trafiła się fucha na dwanaście placków, dwa torty i jeden jabłecznik. Zapierniczała cały tydzień.

W między czasie zaliczyliśmy wyjazd do sąsiedniej miejscowości w poszukiwaniu kreacji dla Słodkiej. Udało się i jest.
Trochę wcześniej Znajoma doradzała Słodkiej, że powinna sobie kupić sukienkę z efektem wow. Jako chop to mogę powiedzieć, ze efekt wow jest. Niby prosta sukienka a człowiek jakoś odżywa  - nawet bez Braveranu.

Jeszcze w sprawie imprezy rodzinnej zmachałem kartkę na tę okoliczność. Dwa dni siedziałem i dziergałem jak świstak sreberka i jest zrobiona. Oczywiście kartką pochwalę się po imprezie.

A na koniec siedzę w blogowych czeluściach i szykuję małą rewolucję. W sumie to w masochizm popadłem bo 89 stron tysiąc tekstów modernizuję już po raz trzeci. Ale dam radę kto jak nie ja. Na razie uprasza się osoby wtajemniczone o nie mówieniu co szykuję.

No to na tyle. Wracam do dziergania.

czwartek, 5 października 2017

Korepetycje z matematyki

Przedwczoraj Znajoma zadzwoniła do mnie z zapytaniem czy bym nie pomógłbym jej z zadaniem z matematyki, bo głowi się i nie wie jak Młodej to wytłumaczyć. Jako że jestem niesamowicie uczynny człowiek to zarzuciłem krótko dawaj.

Znajoma podyktowała mi zadanie przez smarkacza i poprosiła żebym wszystko jej opisał co i jak robię. Uwielbiam zadania z treścią, z dwiema niewiadomymi spinane klamerką {. Pamiętacie je?!

Sekundę zajęło mi rozpisanie zadania, zrobiłem fotkę i wysłałem mememesem.

Tak na szybko nabazgrane.

Nie minęła chwilę a Znajoma dzwoni i mówi, że oni tak nie robią, że tak jest trudniej. Oni robią to jednym równaniem. Kopara mi opadła. Przecież to był najprostszy sposób i bardzo logiczny. Głupi by zrozumiał bo jedno równanie wynika z drugiego. 

A wczoraj Młoda była u mnie na korepetycjach, bo nic a nic nie rozumiała. W sumie nie dziwię się jej.

Po pierwsze zadania są bardzo nieczytelne, trzeba się uważnie wczytać w treść zadania.

Po drugie takie rozpisywanie w jednym równaniu powoduje, że uczeń nie wie co się z czego bierze i dlaczego. Sam siedziałem chwilę i studiowałem zadania zanim coś skumałem.
Takie równania im wychodzą, dla przykładu zadanie, które robiłem wyżej starą metodą: 26: (2x3+7)=... Może niby prościej ale na pytanie skąd jej się tam wzięła trójka i dlaczego Młoda nie potrafiła odpowiedzieć.

Po trzecie zero podstaw. Młoda nie miała wytłumaczonych: kolejności zadań, zamiany ułamków dziesiętnych na ułamki zwykłe i odwrotnie, mnożenia i dzielenia liczb przez 10 100 1000, mnożenia ułamków. MASAKRA!!!

Po czwarte materiał jest taki, że nie ma nic po kolei. W zadaniach wychodzą ułamki a oni jeszcze ich nie mieli, nie wie jak je zapisywać.

Tak mnie to wszystko zastanawia czy te wszystkie wielkie zmiany w edukacji były potrzebne Przecież nie wszystko co z tamtej epoki było złe. Do dziś pamiętam ile się zadań wykonywało i wszystko było jakoś logicznie spięte materiałem nauczania.

Chyba tym u góry o to chodzi aby dzieci płodzić, co niemiara, bo przecież jest 500+. Jak już się napłodzi to trzeba wyuczyć, ale tu też nie za wiele, bo przecież szarą masą lepiej się rządzi. Po co takich szkolić! Oni mają tylko umieć się podpisać, nisko trzymać głowy i słuchać Czarnych na niedzielnej mszy, aby wiedzieli gdzie postawić krzyżyk podczas kolejnych wyborów.

poniedziałek, 2 października 2017

Park i Zamek w Gołuchowie

Niedziela rozpoczęła się żurawim spotkaniem. Słoneczna pogoda zachęcała do dalszych wędrówek. Rozważaliśmy kilka możliwości, ale w końcu stanęło na Zamku w Gołuchowie gdzie mogliśmy razem z psami wędrować po parku.

Wyjazd do Gołuchowa planowałem już od dawna, ale zazwyczaj jak coś planuję to nie wychodzi. Tym razem polecieliśmy po bandzie i z wyjazdu wyszedł jeden wielki spontan.

Droga do Gołuchowa też jeden wieli spontan, bo w pewnym momencie trafił mi się taki drogowy zygzak. Trzeba się było nieźle nakręcić kierownicą a z drugiej takie malownicze stado krów. Tak między nami mam słabość do krów. ;)

Zygzak i otoczenie
dzięki Google i Street View.

Wielki zgrzyt przeżyliśmy podczas parkowania. Nie ma co liczyć na parking ;( i jedynie dzięki fuksowi udało nam się zaparkować na szerokiej ulicy biegnącej przy ogrodzeniu Parku.

Zaznaczyłem trasę, miejsce zaparkowania
i wejście do Parku
a wszystko dzięki Google i Street View.

Zamek w Gołuchowie*

Historia zamku Gołuchowie liczy ponad 400 lat. Pierwotną budowlę o charakterze obronnym, z basztami w każdym z narożników, wzniesiono w latach 1550-1560 dla Rafała Leszczyńskiego. Jedynymi pozostałościami są piwnice oraz fundamenty belwederu i trzech widocznych z dziedzińca wież.

W rezydencję magnacką przekształcił go syn Rafała - Wacław Leszczyński, kasztelan i wojewoda kaliski, kanclerz wielki koronny.






Niestety, przez kolejne 250 lat zamek w Gołuchowie przechodził z rąk do rąk i wyraźnie podupadał aż do połowy XIX w., gdy dobra gołuchowskie zakupił Tytus Działyński z Kórnika. W 1857 roku Jan Działyński, syn Tytusa, poślubił Izabellę Czartoryską, która poświęciła się przebudowie rezydencji.

Widok zamku od południowego wschodu przed odbudową
źródło: www.mnp.art.pl

Izabella sprowadziła z Francji artystów, którzy odrestaurowali obiekt na wzór zamków znad Loary. To im Gołuchów zawdzięcza wysokie, kryte łupkiem dachy, smukłe kominy i wystrój rzeźbiarski.

Park - arboretum**
Park został zaprojektowany w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, w stylu angielskim. Bezpośrednimi inicjatorami jego powstania byli ówcześni właściciele Gołuchowa Izabella z Czartoryskich Działyńska i jej mąż Jan Działyński.



W celu realizacji swojej koncepcji, utworzenia parku wzorowanego na najlepszych założeniach ogrodowych Europy, zatrudnili utalentowanego ogrodnika Adama Kubaszewskiego.

Park tworzony był w kilku etapach, a końcowy efekt był już widoczny pod koniec XIX wieku, kiedy to zajmował powierzchnię przekraczającą 150 hektarów.


Po dziś dzień zachował on swoją naturalistyczną formę, starannie wypracowaną przez tworzących go właścicieli. Stanowi malowniczą oprawę dla obiektów architektonicznych, które zlokalizowane są w jego południowej części.

Przez teren parku przepływa rzeka Ciemna, niegdyś nazywana Trzemną, której dolina posłużyła jako główna oś kompozycyjna. Na jej trzykilometrowym odcinku z prawej i lewej strony rozpościerają się widoki na kolekcje drzew i krzewów, łąki oraz polany.

Północną część parku o charakterze leśnym od południowej, określanej mianem arboretum, oddzielają dwa stawy widokowe. Na większym z nich utworzono wyspy, na których bytuje ptactwo wodne.

Dolina rzeki Ciemnej (Trzemnej)
fot. S. Kulawiak
źródło: goluchow.pl

Obejście dwóch stawów zajęło nam sporo czasu. Większość spaceru piesy biegały luzem jednak im bliżej znajdowaliśmy się budynków tym zagęszczenie luda było większe i smycze poszły w ruch.

Wejście do Zamku było oblegane przez ludzi, którzy czekali za wejściem, bo akurat odbywały się w nim dwie sesje ślubne. Jesteśmy zdania, że im mniej ludzi tym lepiej, zatem udaliśmy się w drugą stronę ku budynkowi porośniętego bluszczem. Ów budynek to Oficyna,  XIX-wieczny obiekt mieszkalny powstały na bazie wybudowanej gorzelni.

Oficyna zamku (odrębny budynek)

Nasz pobyt w gołuchowskim zamku dobiega końca. W drodze powrotnej napotkaliśmy jeszcze jedną "perełkę"  - Pasiekę z XIX w. z wystawą fotografii przyrodniczej - niestety była ona zamknięta.

Pasieka z XIX w.

Finałem naszego wyjazdu było zapadnięcie do Restauracji Zamkowej na małe słodkie. Miałem lekkie obawy o piesy, jednak Czerwona uspokoiła mnie, że tam tolerują psy. Nikt nie widział problemu abyśmy usiedli na tarasie z psami. Dodatkowo dostaliśmy miski z wodą dla psiutów.

Można? Można!!!
Brawo!!! Już są moją ulubioną restauracją w Gołuchowie.  

A co do deserów?
Duże, smaczne i niedrogie.
____________________
* źródło Onet Podróże
** źródło: goluchow.pl