wtorek, 19 września 2017

Na przekór pogodzie w mieście Uć

Jak już pisałem Panterce wszystko musi nabrać mocy sprawczej - jak to u chopa

Chęć spotkania się z Panterą, w realu, zrodziła się w mojej głowie już wcześniej. Niestety, zawsze jakieś coś krzyżowało moje plany wyjazdu i pozostawało puste do następnego razu. Tym razom jednak stanąłem okoniem i nie było zmiłuj. Postawiłem niebo i ziemię na nogi. JEDZIEMY I BASTA!!!

Z niebem mi nie wyszło. Nieboskłon dąsa załapał i olewał świat od rana dość soczyście. W czwartek od szóstej byliśmy na nogach razem ze Słodką. Słodka szykowała słodkie do podróży, się szykowała, mnie goniła do szykowania się. 

Cały czas padało, lało, siąpiło i niesamowicie wiało. W sumie to piździło a nie wiało. Dopadło mnie lekkie zwątpienie. Nie jedziemy wyrwało mi się w kierunku Słodkiej. W tym momencie Słodka niczym Mickiewicz lub Słowacki (do wyboru) w poetycki sposób wyraziła swoje zdanie co sądzi o moim nie jedziemy.

Dobrze, że tym razem nie stanąłem okoniem i do Słodkiej, bo im bliżej było nam do miasta Uć to coraz mniej padało. Niestety we wrześniu w mieście owym wszystko się serwisuje. Palmiarnia, Planetarium nieczynne. Do Zoo strach było jechać bo niech coś z nieba zacznie lecieć. Fajnym rozwiązaniem była Makulatura (propozycja Pantery) bo i parking od Liroya za darmo i toalety, i jest co zjeść, i jest co wypić.

Już z daleka wypaczyłem Panterę - stała w umówionym miejscu. Szybko ustaliliśmy gdzie się kierujemy. Po drodze, od Liroya do wejścia Makulatury, Pantera pokazała nam familiok, w którym się "urodziła" i mieszkała z rodzicami. Piękny, stary budynek z cegły, który aż się prosi żeby dać mu drugie życie tak jak Manufakturze.

Nasze spotkanie zaczęliśmy od kawy - o czym już wiecie od Pantery. Siedzieliśmy, sączyliśmy cappuccino i rozmawialiśmy - tematów nam nie brakowało. Było tak jakbyśmy znali się już od dawna a przecież to był nasz pierwszy raz

Jednak nam we krwi nie płynie wirus stołkozy, więc szybko opróżniliśmy kubki i ruszyliśmy na podbój Łodzi. Pantera niczym rasowa przewodniczka oprowadzała nas po mieście i opowiadała ciekawie. W sumie zobaczcie sami.

Manufaktura urzekła mnie ceglastą czerwienią starych budynków. Choć odrestaurowane miały w sobie bakcyla z tamtych lat, aż chciało się zamknąć oczy i zatonąć w historii.


Tam daleko majaczy napis manufaktura, pod którym Pantera fotnęła nas - tutaj można zobaczyć to zdjęcie.


Pantera się nie pochwaliła, ale Toya ma własny biznes w Łodzi. Co oczywiście nie omieszkałem uwiecznić smarkaczem. Obecnie poszukuję lepszej pracy, więc trzeba ruszyć wszystkie możliwe znajomości. ;)


W drodze na łódzką promenadę (między Parkiem Śledzia a Placem Wolności) natknęliśmy się na piękny mural, aż mi dech zaparło na jego widok.


Co to ludzie nie wymyślo. Kościuszko niczym my little pony. Tak mniemamy (Pantera, Słodka i ja), że to ma coś wspólnego z Zajezdnią Jednorożca - czy jakoś tak. Niestety doopa jestem i nie wziąłem lepszego sprzętu do focenia oczywiście z przyczyn pogodowych. U Pantery widać lepiej.


No i dotarliśmy na sławną Piotrkowską.


Pantera wspomniała o podwórzu wyłożonym lustrami, więc trzeba było go zobaczyć. Dopiero dużo później mnie oświeciło (po przeczytaniu relacji Pantery), że te skrawki lustra ułożone są w konkretny wzór - w różę. 





Pożyczone od Pantery



Maszerowaliśmy dalej Piotrkowską...


...chociaż znaki próbowały zmienić nam tor marszu.


Bardzo spodobał mi się ów szyld...


...i poidełka.



Zajęty foceniem, nie zauważyłem kiedy Słodka zaczęła romasować z latarnikiem. Nic to, dowody rozwodowe som.


Panterka powiodła nas dalej w kierunku swojej Łodzi. Odwiedziliśmy miejsca, które są jej bliskie i powróciliśmy do Manufaktury mijając po drodze pałac Izraela Poznańskiego, dawnego jej właściciela. 


Naszym celem była Pierogarnia...


...i szamanko, bo takim marszu kiszki zaczęły wygrywać marsze.


Półeczka kusiła, jednak jak auto to nie procent, ehhh. ;)


Z nową porcją sił udaliśmy się na buszowanie po Manufakturze... 




...i po sklepach.


Z zakupów nic nie wyszło bo oczywiście nie  pora i nie czas na takie rzeczy jakich się szuka - bo to Polska właśnie. Natomiast mi udało się, w końcu, dostać poszukiwaną książkę.


O książce będzie następną razom, bo się czyta. 

Pod koniec odwiedziliśmy jeszcze cukiernię, w której pracował jakiś tam chopak po Hells Kitchen. Mi tam nic to nie mówiło, bo nie przepadam za takimi programami. Wciągnęliśmy zachwalane przez niego ciasto - ponoć petarda.
W tym miejscu kosztowaliśmy cytrynowej petardy.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z Tuwimem z Krainy Deszczowców w wykonaniu Pantery.

Pożyczone o Pantery.
Ostatnie przed drogą zerknięcie do Makulatury.

Taki rankomat przydałby się w pracy.
Oceń pracę szefa albo oceń zarobki.
Anonimowy, niestresowy.
Parking. Ostatnie rozmowy, które nie chciały się skończyć, bo żal było się rozstawać. Ostatnie pamiątkowe zdjęcie.


I ruszyliśmy w drogę powrotną.

Panterko Bardzo dziękujemy Ci za tak wspaniałe spotkanie, za wspaniałą podróż w czasie do Łodzi, którą znałaś i którą tak ciekawie nam pokazałaś. Czuliśmy się tak jakby to nie był nasz pierwszy raz a kolejne już spotkanie.

Dziękujemy pięknie i do zobaczenia.

12 komentarzy:

  1. Bo to naprawde fajnie jest, tak sie poznac w realu. W koncu ludzie po pare lat sie znaja wirtualnie, wiele o sobie wiedza, czasami wiecej niz o wlasnej rodzinie. Dziekuje za relacje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z rodziną to masz rację. U mnie dzieci kuzynów nie wiedzą kto ja dla nich jestem. Fajnie jest przenieść takie wirtualne życie w real.

      Usuń
  2. Gdyby nie przyczyny obiektywno-subiektywne, z pewnoscia pokazalabym Wam wiecej. Ale nic straconego, pewnie jeszcze nie raz bede w Uc, to sie jakos poumawiamy i moze pogoda bedzie nam bardziej sprzyjac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że jeszcze nie raz się spotkamy bo do miasta Uć mamy blisko więc żal nie być.

      Usuń
  3. Napisałam to już raz u Pantery, powtórzę i tutaj: takie blogowe spotkania są superekstraklaśne!

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytając tekst ponownie, odnajduję nowe smaczki. A otóż znajduję tym razem Panterę wypaczoną przez Ciebie! Ciekawe, jak to jest :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypaczoną?!!! OMG kcie i jak. No nie mó, że jakąś gafę strzeliłem, ej no weź. Jak tak to kończę z pisaniem. BASTA!!!

      Usuń
    2. Cytuję Cię żywcem: "wypaczyłem Panterę"!

      Usuń
    3. Wypaczyłem czyli wypatrzyłem, a nie że wypaczyłem. Ehhh i ufff. Pisane kursywą się nie liczy. :P

      Usuń
    4. Wiem, śmieję się tylko :)

      Usuń
    5. A ja spać, jeść i pracować nie mogłem bo ciężko myślałem o tym wypaczeniu. :P

      Usuń

Dzięki!!!