poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Cezar czyli pies szukający domu

APEL DO ZWIERZOLUBNYCH

Szukamy domu dla psa imieniem Cezar - tak nazwała go moja Szwagierka, która zaopiekowała się psem. Z niepotwierdzonych informacji wynika, że piesek został (wyrzucony) porzucony w lesie, w miejscowości Stare Miasto. W tej chwili przebywa u Szwagierki, ale nie może ona go zatrzymać. 

Cezar ma około jednego roku, jest mądrym, przyjaźnie nastawionym, ułożonym i grzecznym psiakiem. Reaguje na niektóre komendy typu zostań i nie wolno. Jest czujny i ma mocny głos. Mimo porzucenia nie stracił ufności i lgnie do ludzi, ale do zwierząt podchodzi z rezerwą. Ze strachu jak podchodzi warczy. Z obserwacji wynika, że ma silny charakter i próbuje dominować nad innymi zwierzętami (psami), więc szukamy dla niego domu bez zwierząt.


Proszę rozgłoście nasz apel.

Poniżej zamieszczam banerek, który można umieścić na swoim blogu dodając linka do ogłoszenia.



[29.08.2016, 21:04] Udało się!!! Cezary znalazł dom!!! Trafił do starszego małżeństwa. Będzie miał własny dom i ogród!!! 

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ewakuacja czyli dym w domu

Znajomi poprosili nas, aby przez ten weekend przypilnować im zabytkowego domiszcza, bo sami wyruszają w tournee po Polsce. Zgodziliśmy się bez wahania. Ostatni weekend wakacji, wakacji a nie lata jak zatruwa nas głupotami telewizja, zapowiadał się słoneczny i skory do smażenia. Dodatkowo okolica to same jeziora i lasy, cisza i spokój, nirvana.

W owym domiszczu stawiliśmy się w piątek i przeszliśmy szybkie szkolenie gdzie, co i jak oraz co najważniejsze to jak się pali w piecu żeby pod prysznicem kartofelki z pewnych okolic ciała nie powiedziały pierdole, wracamy za miesiąc. Czułem respekt przed paleniem w tym domu, bo niby paliło się w piecu, jednak cały ceremoniał jaki przedstawił mi Właściciel to kurna japońska sztuka parzenia herbaty. To tak, a to tak, tu włącz, tu otwórz, to na spód, to potem. P.A.R.A.N.O.J.A.

Pierwsze runda z piecem (piątek wieczorem) i pierwsza zadyma za nami. Właściciel uprzedzał, żeby poczekać aż słonko zajdzie i trochę się ochłodzi bo nagrzany komin nie ma tzw. cugu. Wystarczyło jedna pootwierać okna w piwnicy i całe to białe, duszące tałatajswtwo poszło z wiatrem.

W sobotę telefoniczna kontrola z serii co i jak po pierwszym paleniu i kolejne instrukcje aby z drugiej strony ściany, tam gdzie jest piec, otworzyć drzwiczki od komina i wyczyścić bo pewnie dlatego się kopci. Sam się nie przyznałem, że to mój pośpiech a nie wlot są temu winni.

Pomny na wskazówki, hen hen przed godziną zapałka wyczyściłem komin, wyczyściłem i napełniłem czeluścia pieca i spokojnie czekałem do późnego wieczora. Wreszcie pocieram zapałką po drasce, podpalam przyszykowane papu dla pieca, chwilę czekam i obserwuję co się wydarzy aby interweniować przy pierwszej oznace zadymy... nic, zero dymka, w piecu dudni jak na koncercie podwórkowej kapeli zmetalizowanej. Jest dobrze myślę sobie, to lecę do Młodej olać roślinki w ogrodzie.

I było się qrwa cieszyć. Przy myciu rąk wiedziałem już, że coś jednak jest nie tak, bo woda zimna jak z potoku. Otwieram drzwi od piwnicy i... szarość, szarość widzę. No to yeps drzwiami, chwila przygotowania maski na paszczę i biegusiem do piwnicy okna otwierać. Kcheee kchee kcheee, cholerstwo.

Dopiero z poziomu dworu, świecąc przez okienka zauważyłem, że dym nie tylko z pieca się wydobywa, ale również ze ściany, w której biegnie komin. Czujecie?!! W takich warunkach nie było mowy o spaniu a jedynie o wietrzeniu.

Przez kilka godzin siedzieliśmy na dworze i czekaliśmy, aż przestanie się dymić. Dopiero koło 23:30 spasowaliśmy. Brak wiatru powodował, ze to co wyszło z piwnicy wisiało w domu i nie zamierzało wyjść dalej. Dziki lokator nam trafił. Nie pozostawało nic więcej jak po przymykać okna w piwnicy (od zewnątrz), uchylić okna w domu i wrócić do własnego mieszkanka.

Dzisiaj rano telefon z serii i jak nie kopciło się. Kopciło, qrwa, kopciło. A to pewnie przez to gniazdo kawek w kominie cugu nie ma - zawyrokował Właściciel. Tylko ja takiej długiej drabiny nie mam, żeby wejść i wyczyścić komin. A qrwa strażaków nie można było wezwać CO?!!!!! I yeps słuchawką na koniec.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Kalkulator czyli jak masz liczyć na kogoś to licz sam

Tematów w główce mej roi się co niemiara. O jednym wspominałem Lidii z bloga Życie i szycie, o kolejny nie tak dawno (bo dzisiaj) wrocławskiej Gosi z bloga Za moimi drzwiami. Jednak za nim do nich przejdę, znaczy się tematów owych, to pozwolicie, że opiszę wam sytuację jakiej ostatnio z Młodą doświadczyliśmy.

Podczas jednego z podwórkowych sąsiedzkich spotkań, naszej Piesy z ulubionym psim kumplem rasy shih-tzu, temat spadł oczywiście na budżet domowy. Znajoma od shih-tzu oświeciła nas, że możemy spróbować ubiegać się o dofinansowanie mieszkaniowe do naszych władz lokalnych. Sam o tym nie wiedziałem, bo po ostatnich próbach osiągnięcia czegoś w siedzibie mopa daliśmy sobie spokój. Jednak płakać nad swoim losem nie zamierzam, są ludzie, którzy mają o wiele gorzej ode mnie, więc...

Nie będę was zanudzał papierologią jaką musieliśmy przewertować: akty, odpisy, rachunki itp. Ostatnim elementem układanki było tzw. zaświadczenie o zarobkach. Jeszcze przed urlopem udałem się do siedziby liczypiórków w naszej firmie i... pierwszy zonk... główna od liczypiórków na urlopie, a co pomniejszy piórek takiej mocy nie ma, co by mógł ów glejt wypełnić. Zatem po przeanalizowaniu kiedy miszczu od liczydła powróci, umościłem papiren  w wersji tabula rasa na biurku wyżej wymienionej persony, z notką na co to i po co to, i udałem się na wyczekiwany od dawien dawna u.r.l.o.p.

W dniu Z, zagnany przez Młodą do telefona, co by się upewnić jeszcze przed wyjazdem do firmy, że ów glejt został wypełniony, napotkałem drugi zonk. A to Pan na dzisiaj chce? To kiedy Pan będzie, bo jeszcze nie zrobiłam. Padło do uszu mych prze słuchawkie. Napomknę, że dokumenta leżały tak półtora tygodnia.
Po drodze jeszcze milion telefonów głównej i tłumaczenie co ma być wpisane i czy musi.

Już z wszystkimi papierami wpadamy do urzędu i... trzeci zonk bo oczywiście wszystkie papiery się zgadzają a ów glejt nie. Wyszło na to, że liczypiórkowa takie liczby (urojone) mi wpisała, że Rockefeller przy mnie to pikuś. Lecę z powrotem do firmy i tłumaczę tej od liczydła, co i jak i jak ma to wpisać. Po chwili trwającej półgodziny dostaję nowy glejt. Nauczony wcześniejszą wpadką na szybko przeliczam w myślach wszystkie kwoty jakie zarobiłem i tak na oko się zgadza.

Drugie podejście do okienka. Pani nadal uprzejma i miła, przegląda papiery, każe wypełnić brakujące rubryki, przelicza dane z glejtu i... czwarty zonk bo i tak przekraczamy wymagany próg, ale może coś się uda i mamy czekać na decyzję.

Młodą jednak gnębiła ta sprawa, bo z wyliczeń Pani z urzędu wynikało, że nasz dobrobyt poprawił się na całego. Miód i mleko to mało tylko qrwa jakoś to po dniu doczesnym nie widać. Z krótkim tylko się nie denerwuj Młoda wytaszczyła wszystkie papiren i liczy. Po chwili mnie woła tylko się nie denerwuj i zobacz, przelicz po mnie bo może coś nie tak.

Naszprycowany lekami na powstrzymanie rzezi udaję się do liczypiórkowej i przedkładam swoje wyliczenia i proszę o sprawdzenie bo biorąc wszystkie kwity jakie otrzymałem to jest inaczej niż z jej wyliczeń. Ale ja z list liczyłam kwituje główna. A ja z kwitków od wynagrodzenia  - odgryzam się, To ja jeszcze sprawdzę odpowiada liczypiórek.

Po półgodziny tracę cierpliwość. Po kolejnych dzisięciu minutach, trzykrotnym poprawianiu głównej bo mimo takich samych liczb ona miała inne wyniki dochodzimy do tego co widnieje w moim kajecie. Kolejne dwadzieścia minut i mam nowy, sprawny glejt a wszystko tylko dlatego, ze pomylono się przy stawianiu przecinka i z tysiąca zrobiła się setka przy odliczeniach oraz pominięto kilka innych pozycji, które korzystnie wpływały na moje wyniki końcowe.

Czekamy na ponowne rozpatrzenie naszego wniosku. Nauczony owymi przejściami następnym razem sam przeliczę wszystkie liczby a dopiero udam się do liczypiórkowej bo jak masz liczyć na kogoś to lepiej licz sam.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Odkurzanie zakurzonego czyli o wstręcie do komputera

Długo... oj długo mnie tu nie było. Tak się zastanawiam,  który to już powrót do pisania? Było tego ostatnimi czasy dość sporo. Znikałem, pojawiałem się, snułem plany z których nic nie wychodziło.

Pochłonął mnie jak zwykle świat realny i projekt, w sumie dwa, nad którymi pracuję. Codziennie kilka godzin przy kompie, brak możliwość konsultacji wątpliwości związanych z projektami oraz brak zrozumienia przez innych ludziów w firmie doprowadził mnie do komputerowstrętu. Świat mój skurczył się do poziomu komórki - dzięki niej pisze maile, focę, fejsuję a komp obrasta kurzem. Nie pamiętam aby kiedyś tak było, widać jest mi to potrzebne. Reset.

Postanowiłem jednak wrócić jeszcze raz, może niepotrzebnie, jednak spróbuję.