poniedziałek, 18 lipca 2016

Ogród czyli rolnik sam w dolinie

Zaskoczyły nas plony, które zebraliśmy w sobotę. Wystarczyła odrobina deszczu i wszystko skoczyło do góry. Marchew, ogórki, fasola i oczywiście chwast. Ten ostatni rósł nawet gdy była susza, uprzykrzał i uprzykrza nam życie jak żadnego roku.

Niestety nie obyło się i bez strat. Wichura zebrała żniwo u nas, wiekowy lilak nie wytrzymał i poddał się pod naporem wiatru. Z jednej strony szkoda nam tej jednej odnogi, z drugiej zrobiło się jaśniej.

Niedziela to już wekowanie i gonitwa z czasem. Mycie ogórasów, przebieranie czy na kiszaki, czy w przyprawę curry. Potem fasolka i tutaj już więcej robótki bo nie dość, że trzeba umyć, poobcinać końcówki, poupychać w słoikach to jeszcze ten cały ceremoniał z gotowaniem. Każdy ma swoją metodę na to warzywo, jednak nam najlepiej sprawdza się godzinne gotowanie przez dwa kolejne dni.

Tak jak już wspominałem gnał nas czas, bo dziś, czekały na Młodą wiśnie a mnie sadysta.

czwartek, 14 lipca 2016

Streszczam się czyli będzie krótko

Witam z wieczora. Za oknem wichura i leje na całego a mnie dopadła suszarka bo oczywiście nasza Piesa z tych masochistycznych jamnikowatych - im gorsza aura tym lepsza pora na wyjście i olewanie wszystkiego dookoła.

Streszczam się bo po ostatniej wizycie u dr Kitla zaopatrzony zostałem w takie małe, różowe, drażetki, które mają wprowadzić mnie w stan hipisowski. Krótko mówiąc mam się mniej wkur a więcej smail. Przyznam się szczerze, że na branie jakichkolwiek medykamentów jestem jak ten diabeł co się święconej wody boi. Kupie, postawie na półce i liczę na telepatyczne uzdrawianie.

Dopiero moment powrotu do firmy wymógł na mnie zażycie tic-taca. Nie powiem, Chyba działa, bo jakiś taki więcej spokojniejszy się zrobiłem i kur i chojoków jakoś mniej a i wysypiam się. Nawet teraz oczy lecą mi powoli w dół a dzisiejsze spotkanie z klientem spłynęło po mnie jak po kaczuszce, chociaż na pewno za kilka dni będę z kalkulatorem latał, bo oczywiście z planów finansowych wszystko wali się na łeb i na szyję a zegar odlicza czas do godziny W.

Oj kończę. Pisałem, że mam bliskie spotkania z Morfeuszem. A na zakończenie zapraszam do tego wpisu [KLIK], bo po ostatnich zamieszaniach z Internetem zagubił się biedak.

wtorek, 12 lipca 2016

Niefortunny zbieg okoliczności czyli dokładka z każdej strony

Od czwartku bądź piątku mam problemy z netem. Nie wiem czy jest to wina niedawnej awarii Pomarańczki, czy może kaprys pogodowy lub sprzętowy. Jednak ostatnie dni z netem do najpiękniejszych nie należą. Co chwila zrywa się połączenie z netem, strony ładują się godzinami a zapisanie tfurczości własnej na blogu graniczy z cudem. Dlatego kilka wpisów, co bardzo zdziwiło Panterkę, pojawia się z małym poślizgiem.To tyle słowem wyjaśnień a teraz wracamy do dzisiejszego wpisu.

Wieczorami, dość często, zdarza mi się popaść w stan refleksji nad mijającym dniem. I w sumie jest czasami nad czym dumać - zarywając nockę - bo myśli kłębią się pod czaszką jak farfocle pod łóżkiem.
Jedno zdanie jakie nasuwa mi się pod koniec tego dumania to ile człowiek jest w stanie znieść? I nie chodzi mi tu o fakty jakimi bombarduje nas tivi a trochę mniejszy kaliber  - rodzina.

Chyba nic tak nie boli jak dopieprzenie przez najbliższe otoczenie.
Ostania niedziela to niefortunny zbieg zdarzeń. Jak zwykle, po raz kolejny, poszło o Piesa. Nie wiem jak już mam tłumaczyć, prosić, wyjaśniać to, że za swojego psa odpowiadam ja!!! To ja wiem co  mój pies może jeść, jakie ilości i kiedy a tuczenie go jak prosiaka wpływa negatywnie na jego stawy, układ krwionośny i milion innych rzeczy, których chcę mu zaoszczędzić.

Nie rozumiem po co taki jeden z drugim otwiera paszczę i dopierdala mi tak, że skarpety z kostek się rolują, tylko dlatego, że żartem powiedziałem do własnej Piesy o podniesieniu michy do góry w momencie kiedy psi dochtór zaweźmie dietę odchudzającą dla onej.

Dowalenie mi przy stole sam żresz a drugiemu nie dasz rozpierdala mnie na maksa. W tym miejscu chciałbym pięknie podziękować Pani S. i Panu W., którzy tak pięknie wpoili mi w łepetynę dobre wychowanie i nie odszczekiwanie się Starszyźnie Rodzinnej. Urwa mać dzięki. Po raz kolejny dałem się ośmieszyć i zamiast wypierdolić co o tym myślę to tylko zgrzytałem zębami.

Sama Piesa też czasami potrafi swoje dołożyć.
Jestem głośnym ludziem, tonacja mojego głosu zmienia się podczas rozmowy, jednak zawsze wtedy uspokajam czworonoga, że nie jestem zły na niego, że dobry pies tylko taki jeden z drugim podnieśli mi ciśnienie. Oczywiście święty nie jestem i nie raz krzyknąłem na Psiutę w momencie, kiedy nie reagowała na komendę a mogła sobie zrobić krzywdę. Jednak od dłuższego czasu pracuję nad sobą i relacjami z Piesem.

Ostatnio pisałem do Lidii z blogu Szycie i życie, że nie wiem jak już mam dotrzeć do psa. Choćby ostatni spacer. Idziemy sobie naszą ulubioną trasą, są komendy i są nagrody. W pewnym momencie widzę nadchodzącą z naprzeciwka rodzinę z małym dzieckiem. Przezornie rozwijam smycz i wołam Piesa, stój przypinamy, i tu zonk. Piesa ucieka ode mnie, nie reaguje na żadną komendę ani na ciastka. Spokojnie wołam ją, próbuję podejść jednak ona ucieka i tak prawie prze pół godziny.
Sytuacja powtarza się kilkaset metrów dalej, znów zero reakcji na komendy, jednak szybko udaję mi się przypiąć psa i wracamy do domu.

Stan taki trwa do poniedziałku. Podczas porannego spaceru Piesa znów nie chce podejść do mnie na komendę przypinamy czy do mnie. Jednak teraz nikt nam nie przeszkadza, jesteśmy sami na boisku-łące, więc spokojnie wołam Pisutę do siebie. Okrąża mnie z daleka jakbym nie wiadomo co chciał jej zrobić. W końcu powoli podchodzi do mnie...ufff. Głaszczę ją, tarmoszę za uszy, głaszczę po brzuszku i spokojnie mówię czego się boisz głupolu mały i daję jej ulubione ciasteczko.

Żeby nie było tak słodko, to podczas spaceru zgubiłem dekielek od obiektywu. Niestety poszukiwania nic nie dały. Chyba ktoś go znalazł i wziął sobie na pamiątkę.


PS. Zapomniałem wspomnieć, że Młodą - podczas spaceru - pożądliły osy. 

sobota, 9 lipca 2016

Cofka czyli na jeziorze nadal wieje

Ostatnio, krótko, pisałem o tym jak wypipipi na jeziorze wykorzystują wietrzni ludzie. Dzisiaj podczas spaceru z Piesem zauważyłem, że siła wiatru powoduję tzw. cofkę. To zjawisko często występuje nad morzem kiedy wiatr wpycha słoną wodę w koryto rzeki.

Jednak u nas brak ci morza i rzeki. Sprawa ta rozgrywa się na jeziorze, które połączone jest z elektrownianymi kanałami, którymi płynie woda z systemu chłodzenia owej fabryki. Zazwyczaj na przelewach czyli miejscach, w których woda z kanałów wpływa-przelewa się do jeziora, cyrkulacja jest z kanału do jeziora. Jednak zdarza się dość rzadko, że siła wiatru przepycha wodę z powrotem do kanału. Dość ciekawe zjawisko.

czwartek, 7 lipca 2016

Windsurferzy czyli krótko o wietrznych ludziach

Jezioro Gosławskie od wielu lat nawiedzają wietrzni ludzie, wystarczy odrobina silniejszego podmuchu a już po chwili horyzont przecinają mknące po falach trójkąty. Dzisiaj wieje niesamowicie, wielka przestrzeń jeziora pozwala na ostry pęd wiatru.

Ciekawi mnie czy taki piankowy kombinezon chroni sufrerów od zimna. Nie powiem mnie z lekka wypipipi na brzegu.

wtorek, 5 lipca 2016

Banany czyli kobieta zmienną jest

Mówił mi już to dziadek, wspominał co chwila ociec, ba nawet Wieszcz piórem wydziergał kobieto puchu marny, Ty wietrzna istoto... a do mnie nadal nie dociera, że kobieta zmienną jest i chop za jej tokiem myślenia i szybkością zmian decyzji nie nadąży!!!

Przekonałem się po raz kolejny o owym stanie skupienia nie tak dawno ... podczas niezapowiedzianej wizyty w stonkowych czeluściach, które kuszą codziennie niskimi cenami. KURTYNA!!!

Stoisko z owocami. Drobna kobietka, zawieszona na  stosie pudeł z bananami, energicznie przebiera rękoma kolejne partie owoców.W jej kierunku zmierzam ja.

- Przejrzałe te banany - zagaduje.
- Przejrzałe? - powtarzam lekko zdziwiony, bo już z daleka widziałem, że bija, zielenią po oczach.
- No przejrzałe. Niech pan zobaczy. Nie lubię przejrzałych - dalej maltretuje karton z owocami.
- Dla mnie to one są jeszcze zielone a nie przejrzałe.
- Zielone mówi pan.
- No tak... wystarczy zobaczyć... - tutaj kobiecina przerywa mój wywód.
- Nie lubię cienkich, są za cienkie  - i odchodzi.

A ja stoję, jak ta doopa wołowa, zaskoczony stwierdzeniem kobietki. Moja mina bezcenna.