czwartek, 30 czerwca 2016

Nerwowo czyli rzadkie nazwisko

Trochę mnie się zniknęło, ale powód był dość poważny. Nasza Piesa nabawiła się rzadkiego nazwiska i wyziewów tyłoogonowych. Cała sprawa wyszła na jaw już w nocy z soboty na niedzielę. Zaczęło się od sałatki zaraz wracam a później dołączyła się i koopa.

Piesa cały czas była wesoła chciała się bawić i chodzić na spacery jednak to co produkowała nie napawało optymizmem. Niedziela i poniedziałek to dalej Piesa w dobrym humorze i specjalne nazwisko.

Dopiero ostra dieta, wydzielenie suchej karmy (mało i często) bo na ryż się Piesa obraziła, pomogło. Wczoraj kuchnia wydała kurczaka gotowanego z młodą marchewką - jakie też Piesa modły wyprawiała nad miską to istny kabaret. Dzisiaj powtórka z menu i JEST LEPIEJ!!!

Oczywiście dopadały mnie chwile zwątpienia i nawet męczyłem Gosiankę, co robić? Jednak wszystko poszło ku lepszemu a Piesa nie straciła nic ze swojej energii. Do tego stała się bardziej usłuchana.

Po małym dochodzeniu wyjaśniła się sytuacja owych rewolucji gastrologicznych. W sobotę organizowaliśmy grilla i oczywiście, mimo wielu tłumaczeń i próśb na temat co Piesa je a czego nie, dostało się jej małe co nie co. Szkoda tylko, że to coś było upaćkane sosem czosnkowym. A pewnie i Pani J. swoje dołożyła w weekend - bo ja qrwa Pies głodzę!!!

piątek, 24 czerwca 2016

Kalasznikow czyli czarny piątek

Dzień ma sie ku końcowi...i dobrze, bo jak go wspomnę to nóż w kieszeni się otwiera. Ostatni tydzień, tuż przed wakacjami, to jeden wielki popierdolec. Nauczyciele nie wiedzą co robić z dziećmi w szkole to przyłażą stadami i nie wiadomo czego wymagają. Na koniec i tak się okazuje, że za chwilę jest pora obiadowa, więc dzieciaczki w tempie małego boinga spierniczają w edukacyjne czeluścia a ty pozostajesz z lekkim kacem piątego koła u wozu.

Dzieci dziećmi. Nie piszę dzieciakami, bo to słowo jakoś dziwnie mi się kojarzy - jak osobnik gorszej kategorii. Chyba czas na nerwosol.

Wróćmy jednak do tematu dzisiejszego wpisu.
Qrwa ja to jednak naiwny jestem kiedy myślałem, że dzisiejszy dzień upłynie spokojnie. Nie wiem co w poprzednim życiu zrobiłem, lub kim byłem, ale pod koniec szychty jedyne co jawiło się w moich oczach to mord.

Jak mam dotrzeć do ludzi?!!! Proszę, tłumaczę, wyjaśniam i doopa... nie dociera. Każdy zlewa to co robi, działa po najmniejszej linii oporu, a jak coś nie tak to ratuj. Qrwa cuda zacznę czynić, żeby działało i się bujało.

Dzisiaj przez dwie godziny bujałem się z projektorem, bo oczywiście nasz zepsuty. Przywieźli najnowszy model od uj wie kogo. Niby podłączenie proste jak obsługa cepa, ale bez instrukcji nie dojdziesz co i jak.

Na kolejny kwiatek nie trzeba było długo czekać. Za chwile przylatuje paniusia, że tablety przywiezione na dzisiejsze szkolenie nie znajdują sieci WiFi. Qrwa jakiej sieci!!!, się pytam. Przecież na moje pismo, o zmodernizowaniu sali wykładowej, do dzisiaj brak odpowiedzi. Więc jaka qrwa sieć!!!

Ogarnąłem ten małpi gaj. Spokojnie zabieram się za swoją robotę i co? I ZONK!!! Sam Ojciec Założyciel przychodzi z prośbą żeby mu tekst pod względem edytorskim sprawdzić i wydrukować. Idę do kompa Ojca Założyciela i już widzę, że ten tekst to jakiemuś Znajomkowi będę robił. Myślę sobie szybko pójdzie. Zasiadam przed kompem, otwieram plik i moja szczęka obija się o blat biurka. Sto trzydzieści stron wypocin, co drugie, trzecie słowo z bykiem edytorskim. Na kiedy to zapytuję. O piętnastej przyjadę zagaduje Znajomek.

Myślałem, że oparcie od fotela wyrwę jak to usłyszałem. Chyba cię poebało myślę sobie. O piętnastej to ja zwijam namiot i spierniczam do domu.  Ojciec Założyciel zmył się jeszcze szybciej kiedy usłyszał moje pytanie kto mi za to zapłaci? 

A tekst? Tekst...nadal wisi w przestworzach.

niedziela, 19 czerwca 2016

Marchewkowe pole czyli warzywa, kwiaty i chwasty

W końcu zebrałem siły na opisanie tego co od wczoraj leży ugorem. Dzisiaj będzie o pracy w ogrodzie. Piszę w ogrodzie, ale oczywiście pod pojęciem ogród ukryte są również rabaty kwiatowe, warzywniak i w małym stopniu sad. Ten ostatni nadal we władaniu ma Pan W.

Zanim opiszę pracę na rabatach, zaglądam do archiwum żeby nie walnąć gafy - bo dobrą pamięć mam, dobrą bo krótką. Sprawdzałem kiedy zaczęła się nasza zabawa w ogrodnika i flaszkę bym przegrał bo stawiałem na rok 2014 a tak naprawdę zielone światło dostaliśmy rok wcześniej - o czym wspominałem »tutaj«.

KWIECIEŃ
Standardowe prace ze szpadlem i grabiami w tle. Co niektórym opadły koparki, że cały plac skopałem w ciągu dwóch podejść a nie pieściłem się z nim jak z bobo.

Pierwsze podejście. Pojawił się inspekt - dzieło Pana W.

Duże zmiany nawiedziły południową i 

Duże zmiany nawiedziły południową i zachodnią część ogrodu. Wycince poddane zostały świerki, które zagrażały liniom energetycznym. Pozostały tylko trzy sztuki, ale i one znikną za jakiś czas. Ten teren czeka na modernizację, ale na razie brak funduszy hamuje mój zapał. Wcześniej wyglądał on zupełnie inaczej »klik«.

Rok 2014
+

Rok 2016. Oprócz świerków, zniknął również winogron
i całe rusztowanie zbudowane dla niego.

Na ostrą przecinkę załapał się również cis, który za bardzo panoszył się i utrudniał przejście.

Rok 2013.
Widać, że żywopłot rozpanoszył się na dobre
i rozpycha się na wejściu. »klik«

Usunęliśmy również krzak bukszpanu, który przez dwie dekady rósł sam sobie a dodatkowo zagrażał hortensji. Po wielu walkach z opozycją, zawalidroga zniknęła. Rósł 24 lata a zniknął w pół godziny.

Rok 2014. Nie wiadomo za co się wziąć. »klik«

Stan po

MAJ
Trzy lata suszy i pobliska odkrywka zrobiły swoje. Z sześciu metrów słupa wody pozostało ledwie 20 cm. Postanowiliśmy pogłębić studnię lecz szybko okazało się, że na żadną firmę nie ma co liczyć i trzeba samemu zakasać rękawy. Firmą nie opłaca się takie małe drążenie.

Prace przygotowawcze wziął na siebie Pan W. Pierwsze podejście do tematu mieliśmy na początku maja. Pan W. na dnie studni kopał a mła własnymi rencami wyciągałem urobek. Wytaszczyłem okołu stu wiader mułu, piachu i wody. Skarbów wykopaliśmy sporo jednak złotego pociągu ni hu hu.
Kolejny etap, już w sile trzech chłopa, odbył się dwa tygodnie później. Tym razom wytaszczyliśmy koło trzystu wiader wszystkiego dobrego. Woda pojawiła się i jest jej około 1000 litrów. Mało to czy dużo? Dobrze, że jest.

Na pytanie ludzi, co robimy?
Odpowiadaliśmy, że kopiemy schron. 

W zachodniej części ogrodu (na rabatach kwiatowych) pojawiły się nowe egzemplarze roślin: kokoryczka, tawułki.




Ogród zaczął dawać oznaki życia i zaczęło zielenić się na warzywniaku.



CZERWIEC
Pracy jest coraz więcej. Chwasty zmówiły się między sobą czy jak, bo zazwyczaj w jednym tygodniu Młoda pieliła warzywniak a w drugim szła/szliśmy popracować między kwiatami. W tym roku tak się nie da - chwast nie odpuszcza.

Dobrze, że chociaż na rabacie północnej (z funkiami) wszystko idzie ku dobremu i rośliny rosną coraz okazalsze.

Rok 2014.
Tą odmianę przesadziła Młoda
w bardziej zacienione miejsce. »klik«
Rok 2015.
Kolejny egzemplarz funkii, 
te dwie mniejsze przyjęły się na nowym miejscu 
i w tym roku wyglądają już lepiej.
Po lewo nowy nabytek funkia o liściach do 90 cm. »klik«
Rok 2016.

To tak pokrótce o tym co u nas w ogrodzie piszczy. Ostatni - sobotni - wypad na włości dodaje sił. Chociaż w większości Młoda dogląda wszystkiego, to w weekendy już razem szalejemy. 





Mięta posadzona w nowym miejscu, szaleje. Wcześniej był tutaj kompostownik. Planujemy zrobić tutaj podwyższoną rabatę na zioła.



Po kilku godzinach z haczką, przycinaniu, wycinaniu. Zachodnia rabata z kwiatami wygląda tak.


Nad wszystkim czuwa czarny inżynier.

sobota, 18 czerwca 2016

Przerywnik czyli o poszukiwaniu czasu

Ja się qwa zastanawiam tak przed zaśnięciem: jak Wy to robicie? Codziennie wpisy, obserwowanie miliona blogów, komentowanie, odpowiadanie na komentarze. Siedzę i myślę bo gnębi mnie to jak kiszaki zapite maślanką. W miejscu nie usiedzisz, he he he.

Z innej beczki.
Moje ostatnie zapytanie na temat wyjazdu z Piesem stało się ciałem. Po raz kolejny miałem możliwość przekonania się, że moc blogerów jest wielka. Niestety moje ograniczenie zakręcenie się w czasie i inwentarzu mailowym spowodowało, że wiadomość wisiała w skrzynce nie podpiętej pod żadne urządzenie, które mogło by mnie w odpowiednim czasie bipnąć.

Za stan naszego wyjazdu, o czym już wspominałem, odpowiedzialna jest Lidia z blogu Życie i szycie. Miejsce, które nam zaproponowała jest miejscem, którego poszukiwaliśmy. Z dala od zgiełku, ciche i spokojne. Ludzie, którzy prowadzą to miejsce (wnioskuję po rozmowie telefonicznej) konkretni i rzeczowi - takich lubię. Bez zbędnego pitu, pitu i sławnym na cały kraj tak się nie da, tak nie można, tego nie wolno, ustaliliśmy termin, czas pobytu, stan animalsowego inwentarza i ceny za pobyt. Są jeszcze ludzie, podobnie myślący jak my, że nie trzeba się zaraz nachapać kosztem innych. Można zrobić coś, co będzie przynosić efekty przez wiele lat. A nasz wyjazd z trzech dni wydłużył się do sześciu!!! Można? Można!!! Więcej o wyjeździe będzie w odpowiednim czasie.

Kończę ten dzisiejszy chaotyczny wpis, ale cieszę się jakby mi kto z dwa kilo Nutelli dał.

PS. A teraz piszcie jak ogarniacie ten cały blogowy świat?

środa, 15 czerwca 2016

??? czyli o wielkim poszukiwaniu

Wpadam tak z biegu (bo środa), a mła postanowił sobie, że wpisy pojawiać się będą, jeśli już nie w weekend, to w poniedziałek, środępiątek. Dzisiejszy wpis będzie dość krótki, bez owijania i metaforzenia bo sprawę mam dość poważną a myślę, że blogowa brać pomoże. Pomożecie?

Od dłuższego czasu z Młodą molestujemy Interneta w poszukiwaniu miejsca gdzie byśmy mogli wypaść podczas urlopowania mojego. Oczywiście braliśmy pod uwagę nasze morze. Wieloryb jestem to lubię płetwę we wodzie zamoczyć. Oczywiście pobyt przewidujemy bardzo krótki - jedynie na trzy dni (doby wczasowe) - bo dudków na więcej nie starczy. Oczywiście tak krótki pobyt nie jest problemem (na pewno znajdzie się kwatera na te kilka dni), ale problemem jest chęć zabrania ze sobą Piesy. Nie wyobrażamy sobie, aby mogła ona zostać pod opieką kogoś innego. Pokazał nam to ostatni wyjazd.

Przeszukujemy czeluścia Internetowe, piszę majle z zapytaniem czy piesa mile widziana i cisza. Nikt nie odpisuje. Dzisiaj dostałem kolejną paczkę namiarów od znajomych i pozostaje jedynie dzwonienie.

Kolejny problem zakaz wstępu psa na plażę. Głupotą byłoby taszczenie Piesy tyle kilometrów tylko po to żeby w pokoju siedział. Niech też ma coś z wyjazdu.

Stąd moje zapytanie. Może znacie takie miejsca nad morzem, gdzie Piesa jest mile widziana? Piszcie w komentarzach i dzięki za pomoc.

PeeSa. Chodzi mi o sprawdzone miejsca a nie o wyciąg z wyszukiwarek internetowych.

PeeSa 2. A jak nie morze to może coś innego?

PeeSa 3. I miało być bez metaforzenia. Widać nie da się.

EDYCJA 17 czerwca 2016
Mamy już zarezerwowany pobyt. Dzięki informacji otrzymanej od Lidii piszącej na blogu ŻYCIE I SZYCIE!!!

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Pomoże mi Pan czyli bliskie spotkania wędkarza z wodą

W weekend nie udaje mi się wygospodarować wolnego czasu, który mógłbym poświęcić na pisanie. Teoretycznie mam go więcej, jednak teoria sobie a real sobie. Powróćmy jednak do wczorajszych wydarzeń i nie będzie o meczu. O meczu powiem tylko tyle, że sędzia pokroju Webb'a podniósł mi ostro ciśnienie i wywołał zjawisko zwane darciem japy.

W drodze powrotnej od Państwa T. kierujemy się zawsze nad jezioro i wałem wracamy do domu. Rytuał ów, sponsorujemy naszemu Piesowi, coby uciechę jakąś nie tylko z obiadu miał. Kilkadziesiąt metrów przed zejściem, w kierunku osiedla, mijamy puste stanowisko wędkarza. W tym momencie dopada mnie myśl, że niezły kozak z tego wędkarza, taki sprzęt bez nadzoru zostawiać. Sprawa wyjaśnia się przy zejściu z wału. Podbiega do nas Gościu, ten od pozostawionych wędek jak się okazuje, i sapie pomoże mi Pan człowieka z wody wyciągnąć. Poślizgnął się na kamieniach i wpadł do jeziora z całym ekwipunkiem. Sam nie mam już siły go wytransportować na górę.

Dwa razy nie trzeba mi powtarzać i już za chwilę biegniemy do wędkarza-nurka. O tutaj wskazuje gościu a ja patrzę i nikogo na brzegu nie ma. Pierwsza myśl utopił się, kolejna gościu mnie zwabił i zaraz napadnie. Nie wiem skąd mi się te myśli wzięły, hmmm. Moje chore wizje, rozbijają kolejne słowa eee, to chyba kawałek dalej.

Oczom mym ukazuje się dziwna sytuacja, horror to nie jest bo krwi zero, truposzy też. Ot misiowaty nurek leży przy brzegu na kamieniach pokrytych mchem i porostami. Nogami przebiera wodę, na dodatek plecak dociska go do owych kamieni.

Chwilę trwało nasze zmaganie z nurkiem. Kilka komentarzy, jak stanąć, jak złapać, jak nogi ma nurek oprzeć o kamienie, aby nam pomóc, przy wytaszczeniu go z wodnych czeluści. Praca idzie małymi krokami, bo nurek w lekkim szoku, chociaż odpowiada z sensem na każde pytanie. W ostatnim etapie Gościu ciągnął go z góry a ja od dołu popychałem go ku górze. 

Koniec końców, wszyscy siedzimy na wale. Kilka pytań: czy wszystko ok?, czy wezwać pogotowie? I jak to się stało???

Nurek zachęcony przez znajomego przyjechał na płocie. Ponoć duże sztuki się trafiają. Zatem z ekwipunkiem na plecach, i wędkami w ręce udał się nad jezioro. Myślę, że w momencie schodzenia po wybetonowanej skarpie nie wziął pod uwagę masy swojego ciała, ciężkości wędkarskiego wyposażenia taszczonego (nie wiem po jaką cholerę na plecach) i prędkości jaką może rozwinąć. Zamiast zatrzymać się na dole, z impetem wleciał do wody z całym ekwipunkiem. Namoknięty plecak jak i kurtka zaczęła ciągnąc go na dno i tylko cudem usłyszał go Gościu, który pomógł mu dotrzeć do brzegu.  

sobota, 11 czerwca 2016

Grzeszymy czyli diabli posłodzili

Młoda od dłuższego czasu szleje ze słodkim a dla mnie nadeszły ciężkie dni. Dobrze, że większość dobroci dla znajomych, po-ciotek i po-wujków.

środa, 8 czerwca 2016

(nie)zwierzolubni czyli (nie)empatyczni

Długo myślałem nad tytułem dzisiejszego wpisu. Miało być efektownie  jak w nagłówku widniejącym w jednej z brukowych gazet, która codziennie drażni moje oczy w momencie opuszczania czeluści autobusowych. Jednak po większym zastanowieniu wyszło mi coś takiego:
(nie)zwierzolubni czyli (nie)empatyczni
Nie będzie budyniowo, nie będę rozwodził się nad pięknym stanem posiadania pupila - psa, kota, rybki, chomika czy pająka. Nie będę rozwodził się nad tą magiczną energią, która powstaje pomiędzy nami a naszym zwierzakiem. Dzisiaj będzie o szarej rzeczywistości z jaką boryka się każdy właściciel.

Ów stan nie tyczy się najbliższego otoczenia, nawet radni w tej materii wykazują niemałe uzdolnienia.
Podczas poszukiwania informacji o podatku za psa natrafiłem na takie oto perełki zamieszczone na stronie urzędu:
...temat psów wywołał burzliwą dyskusję. Wielu radnych krytykowało mieszkańców bloków, którzy hodują czworonogi. Miejsce psa jest w budzie, a nie w domu. - twierdził radny (...). Dochodzi do tego, że to psy wylegują się na kanapach, a dzieci owłosione (chodzi o psią sierść) przychodzą do szkoły - przekonywał ten sam radny postulując jednocześnie, by podatek od posiadania psa podnieść do maksymalnej stawki...*.
Bardzo mnie zastanawia czy, ów radny, tak samo ustawia najbliższych w domu. Dzieci do pokoi, żona do sypialni, teściowa najlepiej za drzwi, krowy na łące, kury w kurniku. A pies? Oczywiście w budzie, na krowim łańcuchu, woda w starym garnku i spleśniały chleb lub pomyje z obiadu. Oto wizja wsi spokojnej, wsi wesołej według pana radnego. Z drugiej strony chyba za wygląd dzieci odpowiadają rodzice a nie psy.

Niestety takie kwiatki  brylują nie tylko na górze. Nawet na naszym osiedlu znalazł się debil, który podrzuca na trawniki kiełbasę naszpikowaną gwoździami. Niestety to nie pierwszy przypadek. W marcu (13 marca) tego roku mały jamnik o imieniu Maksio konał w męczarniach, bo najadł się owych specjałów. Proszę nie ganić właściciela za brak opieki, bo znam go bardzo dobrze a Maksiu to był nas wszystkich pupil. Takie mały promyczek, który z radością witał wszystkich dookoła. Widziałem go w ostatnich dniach życia i serce się kroiło. Wiadomo było, że to zatrucie jednak cały czas była nadzieja na wyzdrowienie bo jelita pracowały, jednak gwoździe zrobiły swoje i uszkodziły narządy wewnętrzne. Nikt wtedy nie brał pod uwagę, że to może być coś takiego.

W ostatnich dniach sytuacja się powtórzyła. Drugi pies tych samych znajomych skusił się na kiełbasiany specjał. Na szczęście tym razem obyło się bez tragedii. Sprawa została nagłośniona w mediach i skierowana do policji - artykuł zamieszczony w lokalnej gazecie dostępny tutaj. Zapraszam do zapoznania się z nimi wyrażeniu swojej opinii w komentarzach.

Takich pułapek czyhających na naszych pupili jak i na ich właścicieli jest dużo więcej. Te dwa przypadki to jedynie czubek góry lodowej. Przekonuję się o tym każdego dnia. Głupota ludzka nie zna granic. Na każdym kroku doświadczam drwin tylko dlatego, że sprzątam po psie, że wieczorami za pomocą latarki lokalizuję psie sprawy mojej Psiuty i sprzątam je z trawnika. Z trawnika, na którym jutro rano jego (drwiącego) dziecko będzie biegać czy grać w piłkę.

* miejsce wykropkowane to imię i nazwisko radnego.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Jak Liroy i Merlin czyli ciężko zostać bohaterem w domu

Nie wiem, po prostu nie wiem jak to się stało, ale nastał poniedziałek. Weekend to szybki zjazd po pochyłej w dół- fiuuuu i poszedł. Nie ma go. Był i się zmył. A plany były takie, żeby coś napisać, bo w sumie to jest co pisać. Tylko czasu, czasu brak.

W ciągu tych kilku miesięcy, zastoju tfurczego, dużo rozmyślałem nad dalszym blogowym losem mem. Nie ma się co oszukiwać, czułem się lekko rozbity między tym co było wcześniej, a tym co jest teraz. Brakowało mi wpisów a'la kronika rodzinna, bo w sumie ileż to można bluzgać na całokształt świata doczesnego.

Powrót do stanu sprzed skutecznie hamowały zapytania od życzliwych ludzi, których głód niewiedzy stoczył do tego stopnia, że już bez żadnych ogródek, wprost, pytali się dlaczego przestałem pisać. A co to ja jakiś agar jestem.

Co było a nie jest...i oby do przodu.
Wracamy do tematu dzisiejszego wpisu, który poświęcam panom w zielonych koszulkach.

Jakiś czas temu, oj będzie z miesiąc wstecz, otwarto u nas nowy sklep dla majsterkowiczów. Młoda, od kilku miesięcy, suszyła mi głowę o nową szafkę pod umywalkę, bo obecna wzięła i się napuszyła. Niestety wszystkiemu winna jest moja postawa miśka, łazienka gabarytów małego kojca dla psów i wielorybnicze uwielbienie dla wody z serii pluskam się ja, pluska się cała łazienka. Zazwyczaj pod koniec pływania i finalnym prysznicu, potop przelewa się przez dwa metry kwadratowe królestwa i na bis czeka mnie tango ze ścierą.

Ale powróćmy do szafki, która jak po drożdżach, tych od babuni, zwiększyła swoją objętość i zaczęła się rozpadać. Dopiero sekcja, dokonana przy demontażu jej, wykazała jak to pięknie światowa marka ludzi w bambuko robi i na materiałach oszczędza. Wystarczyło kilka uderzeń gumowego młotka i rozpadła się ona jak domek z kart. Dobrze, że nowa czekała zapakowana w brązowych kartonach wraz z nową umywalką - kolejna paranoja, bo kupować trzeba wszystko.

Z pietyzmem zabrałem się do rozbierania owych kartonów. Pomny na ostrzeżenia żeby wszystkie klejenia opakowania nie traktować na chama nożem. Delikatnie dobierałem się do jego czeluści. Tutaj na jaw wychodzi moje kolejne zboczenie - uwielbiam skręcać meble. Mistrzostwa w skręcaniu mebli IKEA na czas - to coś dla mnie.

Szafka skręcona, szuflady również. Pora na prowadnice od szuflad i tu ZONK!!! Nie pasują!!! Kręcę nim jak młynkiem, obracam, przykładam i doopa blada nie pasują!!!
Zaglądam do neta - zero informacji. Przeglądam instrukcje montażu - powinno pasować a nie pasuje - w końcu telefon do Zielonych ze sklepu. Diagnoza rozbierać wszystko i przywozić - złe zamówienie wydano!!! Możecie sobie wyobrazić mój motorek przy rozbiórce bo przecież część elementów, według instrukcji, była poczęstowana klejem.

Zziajany dopadam BOKu i sapie z czym przybyłem. Trzydzieści minut później, po dwóch latte, kolejne instrukcje w stylu a jak Pan z reklamacją to do Punktu Informatycznego. No to naginam z całą menażerią do PiAju i kolejne tłumaczenia. Dopiero tutaj maszyna zakminiła i już za chwilę przybywa Zielony z działu Łazienki. Przegląda papiery i a przecież reklamacja dotyczy szuflad to po co Pan wszystko przywoził. Poznaję gościa po głosie ze słuchawki, który mi mówił, że trzeba wszystko przytaszczyć bo złe zamówienie mi wydano a teraz nawija tylko o szufladach. Jako, że ostatnio niesamowicie spokojny człowiek się zrobiłem i podręczną, kieszonkową, bazukę w domu zostawiam to tylko wysyczałem bierz Pan te szuflady i naginaj bo nie ręczę za siebie. 

Summa summarum szafka zawisła w łazience z małym opóźnieniem. Zamiast szuflad są drzwi bo jak to pięknie Zielony wybrnął do tej szafki nie ma szuflad. Po tylu wrażeniach jakich zaznałem w sklepie wolałem podeprzeć się doświadczeniem Pana T. Niestety moja precyzja wiercenia i wycinania ma rozrzut półtora metra.
Oj ciężko zostać bohaterem domu. 
Oj ciężko.

czwartek, 2 czerwca 2016

Ciężko jest wrócić czyli starcia niechcenia z eskaesem

Oj, ciężko.
Chociaż już od miesiąca myśli, kłębiące się pod czaszką, próbowały mnie zmolestować do popełnienia czynu pisania, to jakieś coś hamowało mój zapał, który i tak okazywał się słomiany bo jakże inaczej go nazwać.

Stwierdzenie starość zaczęła cisnąć się na usta me. Dopiero nasza wrocławska GosiAnka od kotów stwierdziła krótko: Po prostu  ci przeszło. Odetchłem z ulgą, że to jednak wypalenie a nie eSKaeS.

Wczorajszy dzień, jako dorosłe dziecko, odpuściłem sobie na świętowanie i z wielkim napisem prosto z koszulek PIERDOLE NIE ROBIĘ. Zaległem przed tv.

Za to dzisiaj z werwą, niczym po szufelce bodymaxu, przerywam milczenie, pojawiam się i czuję lekkie zmieszanie. Nie wiem od czego zacząć. Tyle rzeczy miało miejsce, tyle wpisów mnie ominęło.

 Zaczynam od nowa to najlepsze stwierdzenie mojego obecnego stanu.
Przedstawię się może, jestem Balum Balum - nie łysy, nie siwy, jeszcze może, anty-moher, choleryk na idiotyzmy życia codziennego.