środa, 28 lutego 2018

Obiecałem, to się odzywam

Pewnie, co niektórych zawiodę, ale przeżyłem choróbsko zwane potocznie z angielska man flu. Do końca nie wiem czy ta nazwa tyczy się cholerstwa, które mnie dopadło. Nie będę wnikał, medycyny nie kończyłem.

Zatem choróbsko rozłożyło mnie na całego. Gorączka, spoczynek w łóżku, spanie po 20 godzin - efekt uboczny lekarstwa. Prześcieradło parzyło mnie w tyłek.
Dawno, oj dawno, nie pamiętam sytuacji kiedy bym tak zległ. Przecież nie tak dawno, z gorączką prawie czterdziestostopniową, potrafiłem dotargać do chaupy piętnaście kilogramów mięcha ze świniobicia. To były czasy - chory bo chory a o korytko potrafiłem zadbać.

Niestety w tym roku, za parę miesięcy, przekraczam kolejny level, rozpocznę kolejną dziesiątkę. Ponoć mądrzejszy już nie będę - bliżej mi będzie do osła, czasami do lwa. Połówka ma inne określenie na ten stan rzeczy łeb siwieje doopa szaleje. A mi tak jakoś lżej się zrobiło na duszy, pogodziłem się z faktem lecia chociaż jeszcze rok, dwa lata wstecz ciężko było ten stan rzeczy zaakceptować. Może to już pierwsze objawy demencji starczej?

Jak już wspominałem od stycznia jesteśmy w rozjazdach za sprawą Zaczytanej, której się sporty ekstremalne zamarzyły. Matula, przez zaniedbania lekarzy, nadal przebywa w szpitalu, ale może od początku.

Po wielu gdybaniach, przekładaniach operacji, bo niestety ręka i noga musiały być złożone operacyjnie. Po jedenastu dniach oczekiwania, wreszcie odbyła się oczekiwana operacja. Wstąpiła w nas nadzieja, że jeszcze kilka dni i Zaczytana wróci do domu. W sumie tak też się i stało, co przyjęliśmy z ulgą bo do Rodzicieli mam bliżej niż do szpitala. Stwierdzam, pewnie nie odkrywczo, że wszyscy na krzywdzie ludzkiej chcą się dorobić. Parkingi z wygórowanymi stawkami za postój, sklepikarze za marżę jaką stosują - co wiąże się pewnie z wygórowanym czynszem za wynajęcie pomieszczeń w szpitalu. O lekach nie wspomnę, bo szpital biedny i zamiast korzystać z przydziału szpitalnego trzeba było ruszyć rezerwy domowe. Kolejny wydatek to wynajęcie łóżka ortopedycznego do domu, zakup materaca na łóżko - prawie trzy stówy!!!, latanie i załatwianie pielęgniarki do domu, bo Rodziciel stwierdził, że on nie wie, nie umie, nie chce się w tym babrać.

Pobyt Rodzicielki w domu trwał tydzień. Noga przez ten czas była umieszczona w gipsowej rynnie i  zabandażowana od kostki po udo. Nie mieliśmy wglądu w to co tam się dzieje. Pielęgniarka, która przyjeżdżała zmienić opatrunki też się nie odezwała, że coś jest nie tak. Dopiero podczas zdejmowania szwów, chirurg, zawyrokował kolejny pobyt w szpitalu bo chociaż operowane miejsca zagoiły się ekstra to poniżej stłuczenie, które już wcześniej wymagało jego interwencji zostało zaizolowane pod opatrunki i pozostawione samemu sobie. Wystarczyły dwa tygodnie i w miejscu stłuczenia pojawiło się piękne złoże ropy, tkanka obumarła do tego stopnia, że w nodze widniała dziura średnicy kubka do kawy z kością na wierzchu.

Rodziciel zrobił grande jak cholera. Zjebę dostał cały oddział ortopedii - od lekarza prowadzącego po ordynatora. No i się zaczęło. Latali, skakali i wymyślali, że stopa cukrzycowa, że zakrzepica i... doopa każdy ich argument był zbity dowodami w postaci wyników badań przed przeszczepem.

Teraz Matula jest już po przeszczepie skóry i jeśli dobrze pójdzie to wróci w sobotę do domu.
Jeszcze tylko Rodziciela muszę zjebać sprowadzić na ziemię bo lata i wymyśla jakby matulę zostawić w szpitalu i żeby wróciła jak już będzie sprawna, bo mu się qrwa nie chce.